Nostalgiczne rozważania nad odrapaną farbą klejową…

Mam jakiś nabożny szacunek do wyłażących, gdzie nie, gdzie, spod farby i tynku kawałków farby kładzionych podczas budowy mojego domu. Kolorów, które wybierała babcia, na które patrzyła moja prababka, którą w jednej, pośmiertnej migawce, pamięta matka. Tynku, którego położenie sprawdzał dziadek, którego nie znał nikt z żyjących. I cegły, które na budowie przekładała nieletnia siostra mojej matki, bo trudno mówić „ciotka” o kimś, kto zmarł, długo przed tym, zanim się ktokolwiek z nas urodził.

I niby wiem, że patrzyli na cały dom, chodzili po tej samej podłodze, siedzieli na tej samej kanapie…

Przepraszam, Babciu, na tej samej otomanie!

Żyję z moimi przodkami codziennie, za pan brat, krew z krwi i cegła w cegłę żoliborską. A, mimo to, jak co jakiś czas, pokaże się coś, czego nigdy nie widziałam: deska, od pięćdziesięciu lat pokryta linoleum, po której, oczywiście, kilka razy dziennie chodziłam albo, jak tym razem, przy okazji kładzenia nowych kabli, kawałek farby w moim pokoju, to podchodzę i delikatnie dotykam kawałeczka własnej historii. Trochę się tego wstydzę, dlatego, że to głupi sentymentalizm, a trochę dlatego, że ich podglądam, dotykam ich życia, niszczę coś, co oni zbudowali, wściubiam nos w nie swoje sprawy.

Dzisiaj przywitałam się z farbą w moim pokoju. W dziwnym ciemnomorelowym kolorze. Jutro zniknie skuta pod nowe kable zasilające. Bo poza romantyczną historią panien i wdów, mieszkam z osiemdziesięcioletnią instalacją elektryczną, przewidzianą na zasilanie lamp sufitowych (jedna żarówka, 40 W, to już jakieś szaleństwo) i jednej lampki przy łóżku lub na biurku. Obecnie te gniazdka, wymienione z pojedynczych na podwójne, po podłączaniu dwóch szyn i kilku rozgałęziaczy wyglądają, jak ilustracja filmu szkoleniowego na temat bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Do tego wszystkiego podpinane są przez rozszalałych zstępnych, takie ilości urządzeń elektronicznych, że prawdopodobnie dziennie zużywamy tyle prądu, co antenaci w rok.

A teraz, zanim zamienimy siedzibę rodową w malownicze zgliszcza, położymy nowe kable, że tak użyję pluralis maiestatis licząc na to , że AJS mojego bloga nie czyta, twierdząc, że jego potrzeby kontraktu w moją zawiłą erystyką zaspokaja kontaktami z oryginałem i jakby jeszcze czytał, to miałby nadmiar.

Potęga PESELu

Na Żoliborzu odkopano bunkier. To, że bunkry tam są wiedzieliśmy siedząc na okolicznych górkach porośniętych trawą, podczas, nazwijmy to oględnie, przerw w nauczaniu. Bunkier znajduje się nieopodal mojego liceum. Postanowiliśmy zwiedzić.

Okazało się, że bunkier i owszem, wystawa dowiezionych z Rembertowa przerdzewiałych elementów nawet dość bogata, tyle, że panowie, sądząc z sortu mundurowego, przebrani za potomków powstańców warszawskich z Mỹ Lai oznajmiali, że wchodzić nie wolno, bo gmina nie pozwoliła wpuszczać. Niebezpiecznie. Phi. Zajrzałam. Czysto i dużo miejsca. Znaczy relatywnie jak na bunkier dużo.

— Zagaduj pana — poleciłam własnemu dziecku.
— A pan pożyczy, tę latarkę, zaraz wracam — rzuciłam w zamierzeniu wyniośle, ale trudno być wyniosłą hrabianką siedząc na czworaka w bunkrze.

Pan zachichotał, podał latarkę i oddał się konwersacji na temat pogody i komarów z Byśkiem. Obserwujący zajście pozostali chętni w wieku od dziesięciu do stu lat popatrzyli na mnie z nienawiścią. Metody „na bezczela” najwyraźniej nikt nie próbował. Wlazłam, obejrzałam, wylazłam, otrzepałam porcięta. Zdjęć nie zrobiłam, bo kilka bunkrów w życiu widziałam, a cierpliwości panów wolałam nie nadużywać. Chwila grozy była, bo wejść było łatwiej niż wyjść, ale ktoś życzliwy zostawił w wejściu wiadro, a ja na szczęście pamiętam na czym polega technika łojenia kominów tzw. zapieraczką.

Nowy, wypasiony rower Byśka właśnie wtedy uznał za stosowne mieć rozregulowaną przerzutkę (o tym za chwilę, to jedna z tych 30 notek czekających na lepsze jutro). A ja śrubokręt w kieszeni, którym usiłowałam tę przerzutkę naprawić, mieląc w ustach słowa nieparlamentarne. Pan strażnik bunkra z kolegą, przez chwilę obserwował, jak siedzę i dłubię, a dziecko trzyma pokornie rower i rozmarzonym głosem rzucił do kolegi:
— To jest kobita… do bunkra wejdzie, rower naprawi…
Popatrzyłam na panów umiarkowanie życzliwie, powstrzymałam się od uwag, jakich części ciała używa się do obu czynności i dlaczego dymorfizm płciowy nie ma tu za dużego znaczenia i chłodno powiadomiłam:
— Ale za to gotować mi trzeba!
Nie wiem, czy mój prosty i logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy panów przekonał, ale nie dociekali.

Poza kilkoma przerdzewiałymi artefaktami świadczącymi, że faktycznie bunkier był bunkrem znaleziono tam większą ilość zabytków z czasów kolonialnych, w tym butelki po spirytusie salicylowym, wodzie brzozowej i wodzie kolońskiej „Przemysławka”, a także po mniej wyrafinowanych alkoholach. To by się z grubsza zgadzało z moimi wspomnieniami z czasów licealnych i tłumaczyło, dlaczego, jako dobrze ułożona panienka, ograniczałam się do siedzenia po turecku na trawiastej górce i nie przejawiałam chęci eksplorowania wnętrza.

W ramach weekendu z rodziną następnego dnia powlokłam się na zwiedzanie ośrodka w Wildze reklamowanego jako była kwatera kontrwywiadu. Ośrodek, jak ośrodek. Ani przesadnie zrujnowany, ani malowniczo zarośnięty, za to pachnący Funduszem Wczasów Pracowniczych i wyjazdami na wakacje z matką. Kilka zdjęć dało się zrobić, chociaż po kontrwywiadzie zostały porzucone buty od biegówek i instrukcje BHP pracy na stanowisku komputerowym z drukarką.

Wilga – była kwatera kontrwywiadu

Trzech czujnych ochroniarzy nie spuszczało nas z oka. Tyle, że na dużym terenie z dużą ilością pootwieranych drzwi, nie jest łatwo upilnować pięćdziesięciu osób. Tak też eksplorując, całkowitym przypadkiem, znaleźliśmy właz na dach. Dach, jak dach. Pstryk, pstryk, atrakcyjność — średnia. Schodzimy. Przy drabinie czekał gniewny ochroniarz, jak się potem okazało, w niewybrednych słowach informujący o niedopuszczalności popełnionego czynu. Znaczy informował wszystkich, a na tandem „matka z dzieckiem na dachu” jedynie popatrzył.

I wtedy do mnie dotarło, że otrzymałam pewnego rodzaju immunitet. W swojej kategorii wiekowej muszę stanowić jakiś ewenement, na tyle wyrazisty, że wiele rzeczy, za które dziesięć lat temu oberwałabym równo, teraz uchodzi mi całkowitym płazem.
Dziesięć lat temu właziliśmy z Byśkiem w różne dziwne miejsca i też nam to uchodziło, bo „taki mały, a taki dzielny”. Teraz mały nieco urósł, ale za to ma matkę, która jest „taka stara, a taka dzielna” i planuje perfidnie korzystać z nieoczekiwanych punktów za wiek. Co więcej, nimb jaki emituję z siwych włosów promieniuje na moje najbliższe otoczenie, w tym tego biednego młodzianka, który jest na tyle dobry, żeby schorowaną mamusię w ekstraordynaryjne miejsca zabierać. (Ha ha.)

Wiek odbiera wiele rzeczy, nie miejcie złudzeń. Do wielu nowych trzeba się przyzwyczaić, z wielu zrezygnować albo przeprofilować podejście. Można do tego podchodzić z pogodną rezygnacją, można się buntować, ale za wiele się nie zwojuje. Biologia jest nieubłagana. Tyle dobrego, że został mi przynajmniej lans na obłąkaną staruszkę i kilka tych miejsc, których jeszcze nie znamy.

Fajnie jest móc

Nawet powoli, z przelotowym czasem równie imponującym, jak szybszy marsz. Pocieszam się tym, że naprawdę lubię siedzieć w trawie, patrząc na beskidzkie bałuchy.

Tyle, że nieważne, czy te 20 km dziennie przechodzę uwieszona, z wywieszonym językiem, na rowerze, czy przejeżdżam po asfalcie. Ważne jest, że od wielu lat nie udało mi się wyjechać na rower z poczuciem, że to był sensowny pomysł, bo dałam radę pojeździć, a nie tylko przewiozłam rower na tyle samochodu.

Oficjalna wersja jest taka, że jestem dobrze leczona, a mój sfochowany organizm dobrze reaguje na aplikowaną chemię. Ale ja i tak mam wrażenie, że się po prostu uparłam i nie dam się zakopać za wcześnie.

Mogę stwierdzić z absolutną pewnością, to, że nic tak dobrze człowiekowi nie robi jak dobre zmęczenie.
I może jednak kupić sobie lepszy rower…?

Wojna wszystkich ze wszystkimi

Nie wiem czemu zawdzięczam niechęć do komunikacji zbiorowej. Może matce która mnie jako podlotka ostrzegała przed grasującymi tam tłumami zboczeńców, może wielkopańskim (haha) manierom, a może trzeźwemu osądowi. Prawdą jest, że nie lubię, irytuje mnie i wprowadza niepokój w moje uporządkowane (haha) życie. Prawdą jest też, że odkąd pamiętam unikam zbiorkomu, podejmując rozpaczliwe, acz, co stwierdzam po latach, dość udane próby.

Wszystkie szkoły miałam w zasięgu spaceru, czasem dłuższego. Latem potrafiłam do szkoły jeździć rowerem, co w latach ’70 i ’80 było równie zdumiewające, jak to, że zamiast z tornistrem, chodziłam do szkoły z plecakiem. Z plecakiem i rowerem, to się na wycieczkę jechało, a nie do szkoły. I o ile rowerem jeździłam tylko latem i już w liceum, więc nie wzbudził specjalnych sensacji, tak plecak powodował uwagi, szyderstwa, a nawet rozmowy z nauczycielami. Wybroniłam się dość inteligentnie, że mam krzywy kręgosłup, a tornistrów, to akurat nie ma. W co akurat każdy bez wysiłku uwierzył, go czasy były takie, że ocet etc.

Skutek moich uników na widok komunikacji miejskiej jest taki, że w warszawskiej wielkiej wojnie wszystkich ze wszystkimi stoję dokładnie na środku i tłuką mnie ze wszystkich stron, bo jeżdżę rowerem, skuterem, samochodem osobowym i dostawczakiem. Niech będzie, że kamperem, nie dostawczakiem, ale zajmuje miejsce jak dostawczak, parkuje się jak dostawczak, szoferkę ma jak dostawczak, więc na potrzeby porównania może być dostawczakiem. A to wszystko w jednym pysznym prawie jazdy kategorii B. Możecie nie sięgać po telefony i nie dzwonić do drogówki — wszystko zgodnie z przepisami. Skuter ma 50 cm^3 a dostawczak nie waży trzech i pół tony.

W tym roku mija (a moze już minęła?) czterdziesta rocznica jak jeżdżę rowerem. Trochę to przerażające, bo świetnie pamiętam jak jechałam moim pierwszym rowerkiem marki Tyler, z wygiętą niczym w Harleyu kierownicą, pierwszy raz po mojej ulicy. Tylerem jeździłam zresztą długo, a do rodzinnych opowieści przeszłam jako rozczochrany kilkulatek z pluszowym niedźwiedziem w niemowlęcym sweterku przytroczonym paskami do kierownicy. Niedźwiedź nazywał się Bubcio.
Zaliczyłam potem krótki i raczej nieudany romans ze składakiem Flaming i przesiadłam się na pożyczoną kolarkę, która otworzyła przede mną szalone możliwości sprawnego i szybkiego przemieszczania się.

Komunikacją miejską jeździłam umiarkowanie regularnie do czasu studiów. A to jakieś kursy około maturalne, a tu wypad na angielski do Metodystów. Nic na stałe. Moim ulubionym miejscem był wtedy drugi wagon tramwaju, gdzie można było spokojnie przycupnąć w nieczynnej kabinie motorniczego i było to jedyne miejsce, którego nie trzeba było ustępować. Z ustępowaniem miejsca zresztą problemu nie miałam do czasu. Ostatnio poproszona o ustąpienie miejsca rozejrzałam się po pojeździe i powiedziałam do niewiele starszej ode mnie kobiety „Czy nie może sobie pani znaleźć kogoś młodszego?”. Ale po zastanowieniu nawet ją rozumiem, bo przecież nikt w poważnym wieku nie stuka w szklaną szybkę podczas jazdy ani nie czyta książki na kalkulatorze.

Na pierwszym roku studiów musiałam na uczelnię jeździć z przesiadkami, albo spacerować. W komunikacji tłok, trzeba swoje wystać. Spacery i stanie to dwie relatywnie najmniej lubiane formy aktywności. Może wynika to z faktu, że moja lewa noga, w wyniku wypadków losowych, jest raczej podporowa. Autobusy tradycyjnie spóźniały się, były zatłoczone i wypełnione umiarkowanie przyjaźnie nastawioną do mnie ludzkością.
Postanowiłam zacząć tą pożyczoną kolarką jeździć na wykłady. Tradycyjnie wywołałam sensację, ale też znalazłam kilku naśladowców. Rowerem jeździłam do czasu aż zaszłam w ciążę i ukradli mi rower. Bez związku przyczynowo skutkowego, ale udało mi się jeszcze w czwartym miesiącu ciąży przelecieć przez kierownicę[1]. A potem były pilniejsze wydatki niż rower.

Równolegle od siedemnastego roku życia jeżdżę samochodem. Własnym, cudzym, każdym. Lubię. Wolę prowadzić samochód niż pić alkohol, dzięki czemu mając w rodzinie jedynie maluchy nauczyłam się prowadzić wszystko, bo wielkodusznie oferowałam odwiezienie właścicieli ich własnymi samochodami, gdzie życzą. Zazwyczaj życzyli.
Kilka lat temu odziedziczyłam trzydziestoletniego kampera i ktoś musiał go odpalić i przyprowadzić pod dom. Zamiłowaniu moich kolegów do alkoholu zawdzięczam to, że wsiadłam i pojechałam.

W zeszłym roku, trochę zanim w Warszawie zawalił się tunel, kupiłam skuter dzięki czemu o ile temperatura o poranku jest powyżej siedmiu stopni [2] — nie jadę samochodem do pracy. Z ostatnich obliczeń wyszło mi, że oszczędzam na tym skuterze co najmniej godzinę dziennie, a jak się trafi rocznica powstania w getcie, długi weekend albo mecz na Łazienkowskiej, to i więcej. Że o kosztach paliwa nie wspomnę.

I tak patrząc z dwóch foteli i dwóch siodełek, jeżdżąc po najbardziej zakorkowanym mieście, po zaliczeniu kilkunastu krajów europejskich (licząc w tym te bździny jak Monako, Andora czy Liechtenstein) i po przejechaniu wielu tysięcy kilometrów, zastanawiam się dlaczego rowerzyści i skuterzyści nienawidzą blachosmrodów, czemu blachosmrody nienawidzą rowerzystów i jednośladów, rowerzyści ze skuterzystami patrzą na siebie nawzajem z pewną pogardą, a piesi, jak już przestaną się bać wszystkiego co ma koła, to ich nienawidzą.

Czy nie moglibyśmy nienawidzić debili niezależnie czym jeżdżą? Jedną z podstawowych zasad o której pamiętam będąc użytkownikiem drogi, szczególnie publicznej, jest głębokie przeświadczenie, że wszyscy chcą mnie zabić. I nie od masy pojazdu zależy czy im się to uda, ale od moich zdolności przewidywania, gdzie czai się wróg. Prawidłowa odpowiedź — wszędzie.

I zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie rowerzyści to kretyni, nie motocykliści to kretyni i nie kierowcy. To nasze kochane społeczeństwo, które nastawione jest na walkę o przetrwanie i nie umie zachowywać się tak, żeby nawet nie tyle ułatwiać bliźnim, ale przynajmniej im nie utrudniać.

Nie umiem ocenić czym czuję się najbardziej. Kombatancko, od serca chyba najbardziej rowerzystą. Jeśli chodzi o ilość przejechanych kilometrów, to zdecydowanie kierowcą, a gorliwość neofity mam na skuterze. Umiem za to ocenić, że za każdą kierownicą siedzą zarówno ludzie jak i taborety.
Więc jak jeszcze raz gdzieś przeczytam, że źli są piesi/rowerzyści/motocykliści/kierowcy to nie ręczę za siebie i kogoś przejadę. A najlepiej któreś z moich wcieleń zamachnie się na pozostałe i wtedy wiarygodnie będę mogła ocenić, kto wygrał.

[1] Osobom oburzonym napiszę w tym miejscu to samo, co powiedziałam wtedy lekarzowi: gdyby to było takie proste, to nie byłoby problemu z ustawą antyaborcyjną, tylko popyt na rowery. Było to rok z kawałkiem po wejściu w życie ustawy o planowaniu rodziny, czyli tzw. kompromisu aborcyjnego, więc wszyscy mieli w miarę na świeżo. A ta ciąża z którą leciałam aktualnie zdaje maturę. Acz na wszelki wypadek — nie polecam.
[2] Sprawdzone empirycznie. Jak z tą trawą, której się można złapać wspinając. Musi to być siedem źdźbeł, ponieważ sześć nie utrzyma, a osiem nie mieści się w dłoni.

Z pamiętnika okularnika

Szłam dzisiaj przez firmę bez okularów, bo jechałam w przeciwsłonecznych i kontrast mnie zaskoczył. Normalne okulary miałam w torbie pod stertą rzeczy i dokopanie się do nich w normalnych warunkach oświetleniowych bywa problematyczne. Czarny futerał w czarnej torbie, wśród czarnych rzeczy, przykryty czarną marynarką. Nietrywialne. A co dopiero po przejechaniu skuterem dziesięciu kilometrów pod słońce.

Udało mi się bez strat w ludziach przejść przez stołówkę. Nawet nie potknęłam się na schodach. Zaczęłam być z siebie dumna, acz było mi nieco nieswojo.
Dotarłam do biurka i tamże stwierdziłam, że coś jest dalece nie w porządku. Przyoblekając normalne okulary zastanowiłam się, czemu mam poczucie, że zrobiłam coś niestosownego i szaleńczo odważnego.

Otóż idąc przez miejsce publiczne bez okularów miałam wrażenie, że idę niekompletnie ubrana. A wręcz rozebrana…
Pogłaskałam mojego wewnętrznego psa Pawłowa, bez specjalnych nadziei, że po tylu latach stworzenie załapie, że bez okularów można robić coś poza kąpielą i spaniem.

Różne rocznice…

Jutro mija pięć lat jak mnie neurologia znienacka kopnęła w zadek. Ze zdrowej, sprawnej, prawie czterdziestki zamieniłam się w, delikatnie rzecz ujmując, w zgrzybiałą staruszkę kątem oka zerkającą na księżą oborę.
Nic dziwnego. Stwardnienie rozsiane (Sclerosis multiplex, nie mów przy mnie SM na social media) kojarzy się z robiącymi pod siebie ludźmi na wózku. Mnie się też tak kojarzyło.
W dużym skrócie moje leukocyty T atakują osłonki nerwów i szlag trafia przewodzenie. W czarnym scenariuszu przestaje się chodzić, mieć władzę w rękach. Wyleczyć się nie da, mielina się nie odbudowuje. Jeśli się wcześnie zainterweniuje, można lekami powstrzymać postęp choroby. Jak się ma szczęście w nieszczęściu, to choroba postępuje wolno, a leki działają.

Od tego czasu przeszłam chyba wszystkie etapy godzenia się z nieuleczalną chorobą. Najpierw postanowiłam się nie zgodzić i obraziłam na lekarza, który jako pierwszy postawił mi diagnozę. Potem lekko się załamałam, ale nie na długo, bo to było nudne. Następnym etapem było udawanie, że nic mi nie jest i ukrywanie się przed światem, pracą, znajomymi. Trochę nie wyszło, bo albo kulałam, albo ślepłam, albo głuchłam. Gdzieś w tak zwanym międzyczasie byłam wkurzona na los, świat i zdrowych ludzi, którzy bardziej niż ja zasłużyli na manto od karmy. Wtedy też przestałam wierzyć w karmę.
A na koniec machnęłam ręką, uznałam, że to nie syfilis, dokonałam kilku spektakularnych coming outów i, nie bez porażek, nauczyłam się z tym żyć.

Najgorsze było wysypianie się. Dość szybko zorientowałam się, że muszę być wyspana i wypoczęta. I wyspana nie znaczy już minimum cztery, że wyspana to znaczy co najmniej siedem, osiem godzin na dobę, bo w przeciwnym wypadku wyglądam jak okulałe zombie. Oraz niedowidzę. I nie wystarcza już zbiorcze odespanie raz w tygodniu, bo po dziesięciu godzinach snu dla odmiany wstaję połamana. Że praca powinna zajmować całego dnia i całkiem nieźle mi wychodzi jak rozpoczynam ją o ósmej rano, a kończę w przepisowych godzinach. Teraz połącz kropki. Praca od ósmej i osiem godzin snu daje w efekcie konieczność kładzenia się o godzinie, o której ostatnio kładłam się pod koniec podstawówki. Jestem-starym-człowiekiem. Całkiem nieźle robi mi też niedenerwowanie się. To jest moment, kiedy mój wewnętrzny troll umiera ze śmiechu. Nie denerwuj się mając nastoletnie dziecko w fazie burzy i naporu, pracę w mediach i paskudny charakter. Tego, przyznam, nie opanowałam, ale hoduję w ogrodzie melisę.

Stan rodzinny mi się nie zmienił, dziecko nie zaczęło mnie traktować inaczej, tylko dlatego, że od czasu do czasu, jak robię zdjęcia pełzając przy ziemi, drę się rozpaczliwie, żeby ktoś mi pomógł się spionizować. Duże jest, umie mnie podnieść.
AJS uznał, że z całego dobrodziejstwa inwentarza, jakie dostał wraz ze mną na wyposażeniu, to, że od czasu do czasu wyłącza mi się jakaś część ciała, nie jest wcale najgorsze. Tylko czy mógłby to być na przykład narząd mowy.

Nie nawróciłam się. W żadną stronę. Nie zaczęłam się modlić o zdrowie i tłumaczyć sobie, że kara boska i wszystko w rękach Pana, co jest powszechne i w sumie zrozumiałe. Historie spektakularnych nawróceń można poczytać na blogach osób chorych, nie tylko na SM.
Mnie takie ułatwienie nie było dane, nie mam na kogo zwalić winy, szukać pociechy i mieć nadziei na cudowne uleczenie. Ale też nie szukam bioenergoterapeuty, który oskrobaną korą i sproszkowanymi nogami pająka przywróci moim neuronom zdolność przewodzenia impulsów. Wierzę za to, że są leki, które moje leukocyty utemperują, że katowanie się pilatesem i ogólnie rozumianym utrzymywaniem organizmu w formie zrobię więcej niż homeopatią. No i zanim się rozsypię postanowiłam zrobić kilka głupich rzeczy.

Zdumiewającym zrządzeniem losu po wszystkich zrywach układu immunologicznego podnosiłam się do względnego pionu i patrząc obiektywnie jestem w lepszej kondycji niż większość ludzi w połowie piątego krzyżyka. Nie powiem, czerpię z tego przewrotne schadenfreude, szczególnie, że z tyłu liceum, z przodu muzeum. Też zabawne.

Zrobiłam też a priori założenie, że fajne rzeczy będę robić dopóki mogę. I dopóki mnie te aktywności nie rzucą. Obawiam się, że rzuciło mnie już chodzenie po górach, chociaż mam plan, żeby mnie chłopcy w tym roku do Pięciu Stawów zawlekli. Za to ciągle mogę jeździć rowerem i na nartach. I tego się trzymam. Podejrzewam, że jazda rowerem po Beskidach może mi nie wyjść ze względów kondycyjnych, ale po nizinach radę daję. Na nartach też ciągle jeżdżę szybko.

Mam szczęście. Powtarzam sobie, że mam fajniejsze życie, niż większość zdrowych. I nawet jeśli to nie jest prawda, to tej wersji będę się trzymała.
Można stwierdzić śmiało, że wyciągnęłam dłuższą zapałkę. Po pięciu latach niektórzy już siedzą na wózku. Nie wiem, czy to wynika z genotypu i zaprogramowanego przebiegu choroby, czy z tego, że od czterech lat non-stop walę interferonem mój system immunologiczny, czy z tego, że wbrew sobie pracuję nad sprawnością fizyczną, czy z ogólnego nastawienia, które nie pozwoliło mi, wbrew posiadanym zaświadczeniom, uznać się za osobę niepełnosprawną. A może i jedno, i drugie i trzecie.

Mam tylko nadzieję, że za kolejne pięć lat, podejdę do własnego biurka, wpakuję nogi na stół i własnymi palcami wklepię: jutro mija dziesięć lat jak mnie neurologia znienacka kopnęła w zadek.

Hasło maskowane

O ile na drodze moją podstawową zasadą jest głębokie przekonanie, że wszyscy chcą mnie zabić, tak w przypadku instytucji, nazwijmy to globalnych, mam zasadę, że cały świat chce zabrać jak najwięcej moich pieniędzy.
Przez instytucję globalną rozumiem ogromną, często międzynarodową firmę z której usług muszę korzystać. No, dobrze, mój ojciec mawiał, że muszę to tylko umrzeć, ale to była naprawdę optymistyczna wizja świata. I ojcu w sumie się udało…

Instytucje globalne to telekomy, telewizje satelitarne, banki, producenci elektroniki. Jest ich ilość ograniczona. Większe są teoretycznie bezpieczne, mają gwarancje rządowe (banki), dają gwarancję i mają teoretycznie mniejsze szanse na zniknięcie w niebycie. Tu oprzyj się pokusie rozmyślania o Skokach Stefczyka i laptopach Aristo. Wszystkie te instytucje nastawione na wyciąganie ze mnie ciężko zarobionych pieniędzy. Promocje to bzdura, mości książę.

Dlatego właśnie nie zmieniam sieci komórkowej w której jestem (Plus), mimo, że po kilkunastu latach mają dla mnie ofertę, która budzi mój szyderczy rechot, telefony, które oferują nie spełniają wymagań nawet cyfrowo wykluczonej emerytki, a o dedykowanym pakiecie (mało gadania, dużo internetu) mogę zacząć zapominać, zanim na dobre się rozmarzę.

Jedyną firmą, którą znienawidziłam na tyle serdecznie, żeby ja wymienić na inny, wcale nie lepszy model, była Telekomunikacja Polska. Ale zawdzięcza to naprawę gorącym staraniom o moje czarne serduszko, połączonych z kablami z 1950 roku, rachunkami za wydzwaniany dostęp do internetu i wieloletnim oczekiwaniem na SDI. Zmieniłam TPSA na równie złą Netię, której ostatnio 36 godzin zajęło wymyślenie, że żeby mój router zaczął działać, trzeba przycisk przywracania ustawień fabrycznych przytrzymać wciśnięty przez trzydzieści sekund. Brawo. Epopei z wymienianiem routerów nie wspomnę, bo żałość i trwoga, a w efekcie mam trzy routery, których nikt w Netii nie chce ode mnie przyjąć z powrotem. W zasadzie kto bogatemu zabroni, a ja piwnicę mam dużą.

I tak oto trwam w monogamicznym związku z Bankiem Zachodnim WBK. Trwam ja, trwa moja mać i trwa moje, już pełnoletnie, dziecko, które wprawdzie szczególnych kokosów na kontach nie lokuje, ale jest młode i przyszłościowe.
Moje uczucia już wielokrotnie były narażane na szwank. A to zlikwidowano oprocentowanie kont oszczędnościowych, a to wprowadzono z przyczaja dodatkową opłatę za konto, wtem zwiększono opłatę za kartę kredytową albo przycięto procenty na kontach oszczędnościowych. Ale ja rozumiem, kryzys. Ja rozumiem — te reklamowane kredyty ktoś musi finansować i przecież nie BZWBK jako taki, tylko ci co na kontach cokolwiek mają. I wreszcie Chuck Norris ani Banderas za darmo nie robią, to pewne.

Trzy lata temu wracałam z Norwegii. Chwilę mnie nie było, internetu przez cztery tygodnie nie doświadczałam. Pierwsze, co zrobiłam po przekroczeniu północnej granicy ukochanej ojczyzny, było logowanie do banku i szybka kontrola sytuacji finansowej rodziny.
Moją nieobecność BZWBK postanowiło wykorzystać do wymuszenia na mnie zmiany hasła. Co musiałam zrobić z urywającego się internetu w krzakach i ledwo działającego awaryjnego laptopa. Hasła miewam złożone, a do banku szczególnie złożone, przy czym kierujące się jakąkolwiek logiką, żebym nie musiała ich notować. Moja logika okazała się dla banku za mało bezpieczna, gdyż w moim naprawdę abstrakcyjnym haśle inspirowanym lekturami z młodości znalazł fragmenty PINu, którym się loguję, a potem fragmenty poprzedniego hasła… Sześć kolejnych prób znajdowało mój rok urodzenia (nie używam do logowania), datę ostatniej miesiączki i imię kota.
Udało się za siódmym razem i prawie od razu zapomniałam, co takiego bezpiecznego, wymyśliłam. Pogodziłam się z życiem, potrenowałam i już po trzech miesiącach umiałam bez główkowania wpisać hasło, o ile miałam pod ręką klawiaturę numeryczną.
I tak trwaliśmy we względnej symbiozie z bankiem, on mi obcinał oprocentowanie kont, a ja mu udostępniałam moje oszczędności, żeby miał z czego opłacać gwiazdy światowej kinematografii.

Aż tu WTEM, nowość:

Uprzejmie przypominam, że ze względów bezpieczeństwa od dnia 16 kwietnia 2013 roku, logowanie do Państwa profilu na stronie BZWBK24 będzie możliwe tylko przy użyciu hasła maskowanego.

Hasło maskowane ma to do siebie, że nie da się go nauczyć mechanicznie. Pamięć mechaniczna paluszków nie zda się na nic, bo będę musiała wpisać tylko część hasła, a pozostała część będzie nieaktywna. Nigdy nigdzie nie zanotowałam żadnego hasła i byłam z tego bardzo dumna. Niestety czas przeszły od 16 kwietnia będzie całkiem zasadny, bo nie jestem w stanie wpisać takiego hasła w żaden inny sposób, poza zanotowaniem go na karteluszku i wykreśleniu wybranych znaków. Bezpieczeństwo plus sto. Ale za to jestem zabezpieczona przed keyloggerami i zaglądaczami przez ramię.
O wprowadzeniu hasła maskowanego w aplikacji mobilnej, telefonem z klawiaturą dotykową w ogóle nie mam co marzyć. Nie mam najmniejszych szans.

Hasła maskowanego wyłączyc nie można. Obywatel nie jest na tyle bystry, żeby ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje.
Tamże ciekawe linki do tego, dlaczego hasło maskowane głupim jest i wcale nie bezpieczniejszym od normalnego, uczciwego hasła wpisywanego po ludzku.

W szkole nie ściągałam. Perspektywa bycia złapanym na ściąganiu była dla mnie tak żenująca, że wolałam dostać dwóję (pochodzę z czasów przedpałowych) i potem się gęsto w domu tłumaczyć, niż doświadczać upokorzenia wynikającego z bycia przyłapaną. Być może z analogicznych powodów jeżdżę przepisowo, ale to inny temat. Nie mając doświadczenia w ściąganiu, nie trenowałam szybkiego połykania ściąg, które teraz w perspektywie notowania haseł bardzo by mi się przydało. Byłam też za mała na przenoszenie meldunków w Powstaniu Warszawskim i nie przetrenowałam pozbywania się ich.

Logiczną decyzją jest pożegnać się z BZWBK i rzucić w objęcia dowolnego, innego banku. Tyle, że wiąże się to nie tylko z zamknięciem jednego konta i założeniem drugiego, ale też przeniesieniem wszystkich kont zależnych, tych ze współwłasnościami, a na koniec ze zmianą wszystkich kilkudziesięciu poleceń zapłaty w kilkudziesięciu instytucjach którym co miesiąc muszę płacić myto.

Stoję więc przed dylematem: olać, pokochać, wybaczyć? Zmienić bank na taki bez maskowania? Masaj?

Tyle dobrego, że bank wkurzył mnie na tyle, że napisałam więcej niż 160 znaków.

Już luty

Jeśli wstałam przed siódmą i było widno, jesli wyszłam z pracy po czwartej i było widno, to wygląda na to, że przeżyłam kolejną zimę. Każde pięć minut światła, to samo dobro.
Fototropizm. Mam chlorofil zamiast hemoglobiny.
Trzy dni w Skandynawii latem, to jak czyste ADHD dożylnie.

W domu wegetarian nie mówi się o sznurze

— I te koty mu mięso po kawałku przyniosły do pokoju? — dopytuje się moja mać, zdumiona przejawami kociej miłości.
— No, przyniosły. — odpowiadam trochę automatycznie, bo jestem zajęta neutralizowaniem wczorajszego kataklizmu, czyli przenosinami taboru o czterysta kilometrów.
— Ale jakie mięso!? — mać ma, odkąd pamiętam, zwyczaj nie odpuszczania po jednym pytaniu i strzelania seriami pytań pomocniczych.
— No, normalne. — odpowiadam już całkiem bezmyślnie spomiędzy spodni narciarskich a ortez neoprenowych — Ludzkie.
Lekko paniczna reakcja maci uświadamia mi, że „ludzkie mięso”, to, wbrew mojemu zamysłowi, nie jest to, co jedzą ludzie. I karmienie tym kotów może być nazbyt niekonwencjonalne.

Stracona szansa

Ta chwila, kiedy przez dwie godziny usiłujesz zrobić dobre wrażenie na gospodyni. Prowadzisz eleganckiego small talka, wykazujesz się niewymuszoną erudycją, wyrażasz zainteresowanie gospodarstwem na pustkowiu, poznajesz jego historię i plany rozbudowy. Ze zrozumieniem akceptujesz planowane zmiany. Zagajasz o stan zdrowia rodziny, wyrażasz sympatię dla zwierząt domowych. Wysłuchujesz rodzinnych historii. Okazujesz niezbyt nachalne współczucie trudną sytuacją finansową. Delikatnie nie kontynuujesz drażliwych tematów. Przez dwie godziny czujesz, że twoja matka pękłaby z dumy widząc cię w tej chwili.

Znając poglądy polityczne gospodarzy starannie unikasz słów „brzoza” i „zamach”. Udaje ci się nawet wyrazić życzliwe zainteresowanie ostatnim numerem „Gazety Polskiej” i wykazać pogłębioną wiedzą na temat piszących tam autorów, nie wpadajac w pułapkę konieczności określania, który z nich jest aktualnie bardziej niepokorny.

Wszystko po to, żeby pod dwóch godzinach towarzyskiego arcydzieła, wszedł twój życiowy partner i oznajmił z nieukrywaną satysfakcją:

— Ona pracuje w „Wyborczej”.

W trzy karty z góralem

Miejscem, w którym spędzam znaczną część roku jest zaprzyjaźniona hacjenda w Beskidach. Wieś zaciszna, z nieco ekstremalnym dojazdem, który nawet latem potrafi u pasażera wywołać efekt łapania kokpitu. Mechanizmu nie znam, bo zazwyczaj wtedy trzymam się kierownicy, ale moja droga mać tak właśnie reagowała na pierwsze beskidzkie zjazdy.

Zimą jest jeszcze śmieszniej, bo drogi nie zaczynają być mniej strome, a dodatkowo gmina należy do najbardziej śnieżnych w Polsce, więc potrafią być naprawdę wymagające. Wprawdzie przez drogi bez numerków, czyli całkiem boczne, potrafi tutaj dwa razy dziennie przejechać pług, ale natura i z tym da sobie radę, więc jeździ się raczej o białym niż po czarnym.
Z pokorą patrzę na miejscowych, którzy pod te górki potrafią nie tylko podjechać, ale też z nich zjechać, co bywa znacznie trudniejsze.

Przyjeżdżamy tu zimą, bo w okolicy jest kilka całkiem sympatycznych górek, hacjenda posiada całkiem miły kominek, a widok za oknami wpływa kojąco na moje skołatane nerwy.
Górek zaadaptowanych na narciarskie stoki robi się coraz więcej. Narciarzy też. Tyle, że nie zapominajmy, że jesteśmy w Polsce. Kilka kilometrów stąd, we wsi Istebna, kilka lat temu była sobie górka. Górka nazywa się Zagroń. Nie jest specjalnie wymagająca, ale ma wyciąg z czteroosobową kanapą i na rozgrzewkę się nadaje. Świetnie nadaje się też do nauki, bo specjalnych trudności na niej nie ma. Poza stokiem, wypożyczalnią i instruktorami Zagroń ma też basen i knajpo-bary. Wykupiony karnet narciarski upoważnia do wejścia na basen. Nie testowałam, bo jestem z natury płochliwa i lękiem mnie napawa gromadne spłukiwanie flory bakteryjnej.

W zeszłym roku w grudniu, pół kilometra w górę rzeki Olzy, otwarto drugi wyciąg. Nazywa się Złoty Groń, jest góreczką nieco bardziej stromą. Powiedzieć wymagającą, byłoby przesadą, ale w górnej części da się nawet całkiem, całkiem rozpędzić. A może raczej dawało się, o czym za chwilę. Kanapa jest tu sześcioosobowa, wyraźnie nowsza. Knajpka, wypożyczalnia, szkółka narciarska, przedszkole narciarskie.

Po przejechaniu kilkuset metrów dalej wzdłuż Olzy kilka dni temu otworzono trzeci wyciąg. Wyciąg nazywa się CHICHOT, co ja interpretuję jako chichot, niekoniecznie szyderczy, a młody jako Chic Hot. Można rzec — każdemu według potrzeb. Wyciąg orczykowy. Górka plaskata, ale za to usypana w coś na kształt snowparku, więc ma szanse ściągnąć miłośników jeżdżenia snowboardem po metalowych poręczach i narciarzy, którzy nie mogą się zdecydować, czy lubią jeździć przodem czy tyłem.
Infrastruktura całkiem świeżutka, ale jest gdzie usiąść i napić się kawy. Z prawdziwym mlekiem, w przeciwieństwie do Złotego Gronia, gdzie zamiast mleka dostałam jednorazowy syntetyk, którego nie znoszę.

I teraz będzie clou. Wzdłuż Olzy, na odcinku półtora kilometra, na jednej górce, są trzy wyciągi. Na każdy z nich kupuje się osobny karnet na osobnej karcie magnetycznej za którą płaci się 10 zł kaucji. Należy więc albo jeździć w kółko na jednym wyciągu, albo mieć w kieszeni trzy karty magnetyczne, bo bez specjalnie szokujących umiejętności można się przemieszczać z jednego wyciągu na drugi. Między półkilometrowymi trasami można by, na krzyż, puścić dodatkową, a nawet (nie bójmy się marzyć) dwie. Z zasad matematyki kołacze mi w głowie jedynie smętny Pitagoras i wychodzi mi z jego trójkąta, że ekstra tras można by uzyskać całe trzy kilometry, co na polskie, beskidzkie warunki, jest zdumiewającym bogactwem i o takim ewenemencie na pewno powiedziano by w telewizji i napisano w gazetach.

Teraz zejdźmy na ziemię. Jesteśmy w Polsce. W polskich górach. Gdzie każdy stok należy do polskiego górala. Polski góral nawet jeżeli już wie, że taki narciarz, co przejechał pół Polski, lubi posadzić kuper i napić się płynu, to zazwyczaj jest skłócony z sąsiadującym polskim góralem. Zrobienie więc z trzech psich góreczek czegoś, co w ogromnym cudzysłowie można by nazwać „rejonem narciarskim” jest niewykonalne.

Jeśli ktoś kreśli śmiałe plany objęcia Podhala jednym karnetem narciarskim, albo utworzenia w Beskidach jednego karnetu na którym można by jeździć na Skrzycznym, na Pilsku, w okolicach Istebnej, Wisły, Koniakowa i Zwardonia, może zacząłby eksperymentalnie od stworzenia jednego rejonu Istebna Ski. Na początek obejmowałby trzy opisane górki.
Dodatkowa trudność: poza góralem numer jeden, numer dwa i numer trzy, którzy są właścicielami wyciągów, występuje także góral numer cztery, do którego należy kawałek łączki na szczycie Złotego Gronia i w ciągu ostatniego miesiąca zdołał już postawić tam płoteczek, którym wygrodził kawałeczek na którym dawało się rozpędzić. To byłoby całkiem śmieszne, ale jest, jak w polskiej komedii, raczej żałosne.
Zapewne pola między wciągami należą do górala numer pięć, sześć, siedem i osiem, którzy za chwilę zorientują się, że klienci któregoś sąsiada jeżdżą sobie na skos i niszczą ich pola, tylko patrzeć jak wystawią płoteczek. Albo pięć.
Drodzy polscy górale… Nawet nie wiecie, jak śmieszni jesteście. Szkoda tylko, że to taki śmiech przez łzy, bo przegranym w te trzy karty jestem ja.

Nie daje mi spokoju, czy jeżdżę na Zaolziu czy też na Przedolziu. Bo to Olzie, to coś jak przedśródzadzidzie dzidy bojowej.

Siłą skojarzeń w reklamę

Na trasie w Beskidy, w okolicy Tychów, stoi reklama. Oczywiscie w naszym pieknym kraju nie jest to ani jedyna, ani bardzo samotna reklama. Niemniej zwraca uwagę i jest na swój sposób wyjątkowa.

Na brązowym (żeby nie rzec brunatnym tle) jest narysowany ostrą, białą kreską parterowy budynek ze spadzistym dachem, trochę wygladający jak barak, i trzy samotne drzewka.
Duży napis nad budynkiem głosi:
kierunek OŚWIĘCIM
a pod rysunkiem:
jesz do syta.

Ja wiem, że żyję w kraju, który jest jednym wielkim cmentarzem i wszystko nam się kojarzy. Wiem też, że Oświęcim to całkiem sympatyczne miasteczko i owszem, wiem, że muzeum i obóz to Auschwitz.
Niemniej chwilę po przeczytaniu tej reklamy nie mogłam się otrząsnąć i chwilę zajęło mi doczytanie, że to reklama karczmy z chłopskim jadłem.

Niestety zdjęcia nie mam. Źle fotografuję jak prowadzę, a szczególnie jak mnie jeszcze rozprasza chłopskie jadło.

— Poproszę najtańszą karmę dla… kuna to bardziej pies czy kot?
Czyli rodzina dokarmia inwentarz domowy, celem wyhodowania ekologicznej, samobieżnej pułapki na myszy. Poza tym piguły dla sikorek i słonecznik niełuskany, żeby kuna po naszym wyjeździe miała urozmaicone menu.

Jestę królową

— Nienawidzę Cię Siwo, wiesz? — mówi z uczuciem Bysiek słuchając jednym uchem, jak za ścianą Aleks opowiada o moim kolejnym brawurowym podjeździe po lodzie bez łańcuchów, tym razem cudzym samochodem.
— Ale dlaczego? — pytam dla świętego spokoju, bo i tak wiem.
— Bo jestem synem króla sedesów, a to zajebiście wysoko postawiona poprzeczka?

Za każdym razem…

… kiedy idę na to cholerne pilates jestem z siebie dumna. A kiedy udaje mi się pójść na to nudziarstwo, nie raz, a trzy razy w tygodniu, mam wrażenie, że zwichnę sobie rękę od poklepywania się po ramieniu z zachwytu.

Ze wszystkich szkolnych lekcji najbardziej nienawidziłam WF-u. Szatni. Przebierania się.
I tak oto złośliwy los podarował mi w pakiecie konieczność trzymania się z formie większej niż średnia krajowa i potrzebę nieustającej rehabilitacji, do których nie wystarcza już jeżdżenie rowerem w miesiącach letnich i dwa tygodnie na nartach w miesiącach zimowych.
Dodatkowo ograniczenie aktywności fizycznej do ćwiczenia dwóch palców na myszy, a potem jeżdżenie na nartach, okazało się nie najlepszym pomysłem i skończyło się całkiem nowym więzadłem krzyżowym.

Moje nowe więzadło działa, wprawdzie działa trochę inaczej niż to stare, ale już się nawet do niego przyzwyczaiłam. Co gorsza poza nowym więzadłem mam też coś, co w dużym skrócie można określić jako Zespół Stresu Pourazowego, z którym walczę dzielnie. Już się prawie nie boję, bo wprawdzie ciągle jeżdżę w dwóch neoprenowych ortezach kolanowych, ale już mi się czasami udaje zjechać tak szybko jak kiedyś. Bo ZSP obejmuje lęk przed wywaleniem się i przed rozpędzeniem. Wiem, że to sprzeczne. Bezpieczniej jest się wywalić z dużą prędkością, bo wiązania się wypinają, a moje lewe kolano stało się cudzym lewym kolanem, zginającym się również na boki, własnie po spokojnym zjeździe z Czantorii. I po pozornie niewinnym upadku.

Postanowiłam sobie kiedyś nie pisać o stanie zdrowia. Nawet mnie to nudzi. Pewnie dlatego, że somę dostałam od dowcipnej Bozi dość fanaberyjną, wątłą i skłonną do zachowań ekstremalnych. Dodatkowo dostałam psyche będące nie tyle z wewnętrznym konflikcie, co w całkowitej czynnej opozycji do somy.
Tak więc po operacji w której zdemolowano mi staw skokowy postanowiłam zająć się wspinaniem, a po przeszczepie więzadeł krzyżowych upieram się, żeby jeździć na nartach, a po zdiagnozowaniu całkiem uczciwej choroby neurologicznej z upodobaniem zwiedzam opuszczone budynki grożące zawaleniem.

Kiedyś spiszę sobie to wszystko kiedyś w dokumencie jak-na-wrak-czlowieka-to-jestem-w-swietnej-formie.txt
Ale może to na emeryturze. Bo teraz jadę na narty.

Chorujesz?

Europejska Akademia Medycyny Ludowej w Świebodzicach świadczy szeroki zakres usług w zakresie kompleksowej pomocy w leczeniu tocznia rumieniowatego i stwardnienia rozsianego. Programy uzdrawiająco-rehabilitacyjne są oparte na autorskiej metodzie Aliaksandra Haretskiego oraz metodach medycyny ludowej. Europejska Akademia Medycyny Ludowej jest to harmonijne połączenie wysokiej jakości usług uzdrawiająco-rehabilitacyjnych oraz komfortowego pobytu. Intensywny kurs rehabilitacyjno-uzdrawiający, indywidualne podejście do każdego pacjenta, aktywny udział pacjentów w działalności Akademii oraz ich ogromne chęci bycia zdrowymi osobami umożliwiają osiągnięcie świetnych rezultatów uzdrawiających.

Jedną z osób będących w Akademii na kuracji był 26-letni pacjent z Anglii chory na stwardnienie zanikowe boczne (ALS). Choruje on na ALS od 3 lat. W ciągu 7 dni intensywnych zabiegów jego układ nerwowy zregenerował się na tyle, że zaczął on chodzić bez konieczności podtrzymywania go przez osoby trzecie. Po upływie 12 dni uzdrawiania jest on w stanie sam wstawać i siadać. Film o wynikach uzdrowienia tego pacjenta w Europejskiej Akademii Medycyny Ludowej można zobaczyć na naszej stronie internetowej http://www.medycynaludowa.com czy http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=mfA3EnzKR1U

Jest to tylko jedna z wielu chorób uzdrawianych w Akademii. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych do zapoznania się z informacją na stronie oraz od kontaktu.
Europejska Akademia Medycyny Ludowej
Ul.Plac Dworcowy 2C, Świebodzice 58-160
Tel.+48 661122876
Skype: walesta2001
medycynaludowa@medycynaludowa.com

Za chustką:

top 15 gupich metod leczenia raka
TOP 15 leczenia o północy na rozstajach dróg weźmisz kurę czarnę ® + bonus

  1. jedz migdały aż puścisz pawia, bo amigdalina uzdrawia (wit. B17)
  2. wierzyli pewni oni, że wyleczy ich soczek Noni
  3. prosto od znachora – Vilcacora
  4. pij jadelit z „chińskiego smoka®”, a dostaniesz trzeciego oka (zioła tian xian)
  5. kapsaicyna z ostrych papryczek – zjedz 50kg, a rozpuścisz nocniczek
  6. pij mocz, perhydrol, naftę i zgniłe warzywa, a będziesz wiecznie młoda i żywa
  7. dieta dr Budwig/terapia Gersona jedzeniem cudów dokona
  8. terapia Ashkara – jak nazwa wskazuje: cieciorkę wbij w pachwinę, lepiej się poczujesz
  9. pradawna teoria jest taka: srebro dobre jest na raka; a teraz nowe: musi być koloidowe
  10. poudawaj świnię, a rak ci minie (preparaty Tołpy)
  11. „pamięć wody” – żarty z przyrody
  12. połknij papierek lakmusowy, a będziesz jak nowy! – terapia dr Leonarda Coldwella (rak jako zaburzenie pH organizmu)
  13. z modlitwą to jest sprawa taka, że działa (ale nie na raka)
  14. metoda BSM – pouciskaj głowę, a wzmocnisz zdrowie
  15. bioenergoterapia – wyleczy nas pan Józek, gdy pomaca guzek

a na dodatek
kau surykatek.

I zaprawdę, zaprawdę powiadam wam… nic się nie da zrobić dopóki będą istnieli nieuleczalnie chorzy, skłonni uwierzyć w każdą iskrę nadziei i (tu brakuje mi rzeczownika) żerujący na tej nadziei, bo żadna z powyższych metod nie jest darmowa.
No, może najbliższa rodzina pomodli się za was za darmo, bo za licencjonowane modły trzeba już zapłacić.

Zima

Jest we mnie jakaś panika, obezwładniający lęk, że to ostatnia zima. Znajduję żałośnie głupim rozważanie, że może już za rok nie zapnę nart, że nie dam rady, że pozostanie, w najlepszym wypadku, picie kawy pod wyciągiem, czterokołowy rower z kierownicą z tyłu. Że nogi przestaną mnie słuchać, że to ostatni taki skręt. Jak zwykle za szybko, na wariata. Przełykam strach razem z niebieską tabletką. Kretyńskie poczucie ostateczności, determinizm zimowy. Dwutygodniowe złudzenie oszukania losu.

Śmieję się z tego głośniej niż powinnam. Słucham mojej rodziny, która ma uroczy w swojej bezpretensjonalności zwyczaj przypominania mi, że jestem ładna i głupia. I, że zawiozą mnie i zaniosą gdzie tylko będę chciała. Wierzę im i mam nadzieję, że jak najpóźniej powiem „sprawdzam”.

Męczy to, że za dobrze pamiętam ten czas, kiedy z trudem, z laską, dochodziłam do samochodu. Zbytnim optymizmem byłoby stwierdzenie, że to se ne vrati. Gdyż vrati, vrati, czeka, siedzi gdzieś za moimi plecami. Bomba atomowa w osłonkach mielinowych, przypudrowana interferonem. Z pełną pokorą uznaję jej wyższość. Żyjąc w miarę normalnie mam poczucie zaciągania kredytu w Providencie. Oddać będę musiała zapewne znacznie więcej i na pewno przyjdzie do mnie windykator.

Per analogiam

Zżymam się pędząc przez polskie błota: jak nie salon łazienek, to świat pościeli. Młody podejmuje, skazaną z góry na niepowodzenie, bo jestem wściekła, dyskusję.
Przez chwilę spieramy się czy to błędy językowe i jak to nazwać, jeśli nie błąd.
— To jakbym ci powiedziała, że jesteś sułtanem srania, jak masz rozwolnienie! — złoszczę się za kierownicą, stosując przy okazji moją ulubioną metodę kolejnych przybliżeń.
— Wezyr defekacji! — twórczo włącza się do dyskusji AJS.
— Kalif muszli! Będę o sobie mówił kalif muszli! — decyduje się młody udowadniając tym, że zrozumiał o co chodziło w świecie łazienek.

Survival kit

Jadę w góry. Uskrobałam urlopu. Dobra, mam tego urlopu chyba 10 dni więcej niż normals w skali roku. Jakieś korzyści z bycia inwalidą trzeba mieć.

Pakuję się od soboty. Pakowanie polega na układaniu na środku pokoju, dookoła roweru stacjonarnego, pryzmy z rzeczy, które zabieram.
Dodatkowo postanowiłam jednak zabrać Najpotrzebniejsze Artykuły Spożywcze. Przynajmniej na jeden dzień. Do kupy dołączyły:
— kawa rozpuszczalna
— mleko 3,2%

Poza tym survival kit tworzą:
— orteza kolanowa krótka 2x
— internet

Chyba zacznę obliczać swoje szanse na przeżycie w procentach.
Wyjeżdżamy 21.12 popołudniu. Cały czas mam nadzieję, że jeśli koniec świata będzie, to brejknę system, bo jeśli zaskoczy mnie gdzieś w okolicy Radomska, gdzie już kilka razy zaskoczyła mnie niebagatelna śnieżyca, to zje własny ogon, ponieważ z moich obserwacji wynika, że Radomsko, to właśnie koniec świata.

Mistrzyni kuchni

Przeciąg. Przeciąg jest wtedy, kiedy nic mi nie wychodzi. Dotyczy różnych dziedzin. Najgorzej jest jak siądzie po całości, wtedy urywam plastikowe elementy od samochodu, kupuję najdroższą benzynę w okolicy, psuję hamulce, zapominam o spotkaniach, zasypiam. Przeciąg ma interwał zmienny, więc wiązanie go z kwadrami księżyca czy też fazami cyklu hormonalnego nie dało spodziewanych rezultatów. Może zadziałałoby przeliczenie wpływu tranzytu Alfy Małego Psa, czy też aktywności wybuchów na Słońcu

Chwilowo przeciąg przysiadł na kuchni. Nie, żebym była jakoś zaskoczona. Zaczął się wczoraj, kiedy zamiast zamówionego pełnotłustego jogurtu, który składa się (niespodzianka) z jogurtu i jest sprzedawany w butelkach z zakrętką (szansa wylania do torby maleje, nie pytajcie) pani leklerkowa dostarczyła mi najpodobniejszy produkt, czyli jogurt, który składa się z wody z wapnem. Zero procent tłuszczu. ZERO. Produkt mleczny, który nie zawiera tłuszczu budzi mój uzasadniony niepokój, gdyż mleko jest emulsją tłuszczu w białku. Poza tym zerem napisy końcowe wskazują na większą ilość substancji w proszku. Odtłuczonych oczywiście. O tym, że jest w plastikowym pojemniku z alu-dekielkiem nawet nie wspominam.

Odchudzać się nie planuję. Spożycia chyba nie zaryzykuję, acz stają mi (nomen omen) przed oczami moi koledzy, którzy w zamierzchłych czasach, kiedy viagra nie była jeszcze wynaleziona, na problemy, które nie dotyczą redaktora Lisa, polecali sobie wodę z gipsem. Spróbowałam z zerowego produktu zrobić dip, ale w związku z obecnością w nim soli nie kwalifikuje się on nawet na kompost, a czipsy zjadłam na sucho. Kot Papryś, który jest kotem spożywczo mało sceptycznym i przyłapałam go kiedyś na próbie konsumpcji pomidora, a pudełeczka po produktach nabiałowych to jego najlepsi przyjaciele, popatrzył na mnie z politowaniem, kiedy z zachęcającym uśmiechem podsunąć mu miseczkę.
Jestem więc szczęśliwą posiadaczką czterech i pół półlitrowych pojemników paskudztwa i jestem nieco w kropce, bo zupy mlecznej się z tego zrobić nie da, na chłodnik za zimno, wyrzucać jedzenia nie lubię, a Caritasu w okolicy nie mam.

Żeby nie było nudno, moją sobotnią wycieczkę do kuchni, czyli w środowisko mi skrajnie nieprzyjazne, umaiłam sobie: wyrzuceniem z lodówki, z rozmachem na podłogę, jednego jajka od szczęśliwej kury, wywaleniem na siebie, z górnej, pudełka z proszkami do pieczenia i przyprawami, spaleniem pestek dyni i słonecznika (ten co powiedział mi, żeby to robić w piekarniku, niech wystąpi teraz lub zamilknie na zawsze).

Wieczór jeszcze młody, a ja mam na gazie smak na zupę-krem z pomidorów. Ostatni w tym sezonie…

Chyba uruchomię jednak sekcję kulinarną bloga… Szkoda, że nie poczyniła fotografii jajka, autoportretu po obsypania proszkiem do pieczenia (#samoblip?) ani pożegnalnego zdjęcia, na porcelankę, pestek dyni.

Jest strrrrasznie zimno…

… minus siedem.
Powiedział kiedyś pan butelka w TVN24. Nie lubię tego. Klikłabym.
Jako dziecko dawałam sobie odwrócić uwagę heberfenicznym ojejku zobacz jaki wspaniały śnieżek. Ze wstydem przyznam, że też tę metodę stosowałam. Znaczy heberfenicznego ogłupiania, nie wymrażania.

Nienawidziłam zimy. Była ciemna, zimna, nieorzyjazna. Dzień w którym moja szyszynka przestawała się na mnie obrażać był nieledwie świętem narodowym.
I tak mijały lata. Aż w pewnym momencie zorientowałam się, że zimnica na dworze jest jakaś mniej straszna. Przeprowadziłam dogłebną analizę psychologiczno-meteorologiczną. I znalazłam zależność. Zaczęłam jeździć samochodem. Im mniej ci marznie tyłek, tym życie jest znośniejsze. Elementarne.

Poza tym zima to narty. Narty są dobre.

Sojuz Fusion

Amerykańscy naukowcy po wielu latach wynaleźli długopis, którym można robic notatki w stanie nieważkości. Zapewne wynaleźli też długopis, który pisze przy -10 w samochodzie.
Niemniej poszłam po olej do głowy, a ponieważ mam krew raczej słowiańską (nie nic nie ukradłam), to wzorem uczonych radzieckich zainstalowałam w samochodzie ołówek.
Teraz czuję się jak w radzieckiej stacji kosmicznej. Sojuz czy coś.

Też tam zapewne odpadają plastikowe elementy, jak z mojego samochodu, ale ponieważ prawo jazdy młodego zbliża się wielkimi krokami, zmiana samochodu teraz nie świadczyłaby najlepiej o moich zdolnościach przewidywania.

Szybka rewizja w piwnicy wykazała istnienie połowy kanistra płynu zimowego do spryskiwaczy i sześć kanistów płynu letniego (ktos w chudobie był pijany, niechybnie. Przy pomocy butelki denaturatu przerobiłam dwa kanistry na zimowy. Bukiet wprawdzie niezachwycający, ale skuteczność gwarantowana.

do-re-mi-fa-sol-la-si-do