Womansplaining

Pan od odnawiania mebli wnosi stół przez wąskie drzwi.
– Chyba bokiem i musi się pan tak złamać, bo się nie zmiesci… – mówię, bo chcę być pomocna.
Pan, który nie jeden stół, przez niejedne drzwi już wnosił patrzy na mnie dość ponuro i mówi:
– To chyba womansplaining. Należy się nam…
Wzruszam ramionami, zaraz womansplaining.
– Niech się pan nie przejmuje, jestem czwartym pokoleniem matriarchatu – wyjaśniam pogodnie.

Meble weźmie.

Szpital. Przegląd. (Spoiler: przeszłam)

Ja: przez skomplikowany tryb życia grymaszę przy terminach i wybłagałam przesunięcie odbioru leków o dwa tygodnie, żeby nie wracać do Polski w lutym.

Moja najlepsza neurolożka wertuje kalendarz: Pani jest opóźniona?

Ja: Mówią, że nie… Ale to pani jest lekarzem…

Moja najlepsza neurolożka: umiera.

Beskidy. Stoję na tarasie i kontempluję krajobraz banalny w urodzie, ale kojący.

Poziom zadowolenia 9/10. Na podwórko wchodzą dwie osoby…
– Kto pani zdaniem jest źródłem szczęścia i zrozumienia w rodzinie?
– Pierzasty wąż Quetzalcoatl.
– Słucham!?
– Moim zdaniem źródłem szczęścia jest pierzasty wąż Quetzalcoatl.
– Tak pani zatem uważa.
– Tak. Właśnie tak uważam.
– Do widzenia.
– Do widzenia.

Cinquecento, nowe

– Quaranta, cinquantanove – mówi pani w kasie włoskiego supermarketu, który tak nawiasem mówiąc bije o kilka długości francuskie supermarkety, bo serio nawet serów Włosi mają więcej, że o owocach nie wspomnę; i o jogurtach.

AJS strapiony daje kolejną 50, gdyż tym razem jest on nosicielem gotówki.

– Kwarantanna, cinkłanta – mamroczę z pewną irytacją, bo z liczebnikami, to ja mam problem nawet w ojczystym języku, a w obcych to się regularnie zawieszam. Dyskalkulia leksykalna to surowa pani, z grubsza polega na tym, że jestem w miarę ścisła, dość dobrze liczę i radzę sobie z cyframi, dopoki nie są SŁOWAMI. Słowo pięć i pięćset brzmi tak samo i nie niesie za wiele treści. Long story.

Gmyram więc w moniakach, szamocząc się z własnym mózgiem i kumam, że coś było z piątką, matka w końcu kilka lat Cinquecento jeździła.

Wyciągam pięćdziesiąt centów i z dumą wręczam pani.

– Nove – mówi pani. Patrzy na mnie z litością, puka w terminal, pokazuje kwotę i powtarza drukowanymi literami – NO-VE!

– No, wiem wiem, nowe ma być! – mamroczę do siebie i wydłubuję dziesieciocentówkę. – PROSZĘ! TO JEST PRAWIE NOWE!

Niestety pani we włoskim supermarkecie całkowicie nie skumała mojego finezyjnego dowcipu i tego dlaczego spłakaliśmy się z AJSem nad koszem zakupów.