To mógł być wpis sponsorowany

Odszczekuję, że nie ma różnicy, czy się kupuje kosmetyki za 10 zł czy za 1000. Odszczekuję pod stołem. Dałam się namówić na warsztaty makijażowe w Firmie. Pominę dyskretnie nazwę. Będzie śmiesznie, mówili. Nauczysz się wiele, mówili. Przekonasz się do makijażu, mówili. To poszłam. Że jestem durna, już nie mówili.

Nauczyłam się niewiele, bo warsztaty były adresowane do przekonanych. Sztuka polegała na tym, żeby poranny makijaż, który wszystkie robimy sobie do pracy (erm…) zajmował nie czterdzieści minut (eerm…???), ale dwadzieścia, a po nabraniu wprawy — dziesięć. To jest te dziesięć minut, które ma mi zostać odebrane z porannej drzemki. Nie. Takie krótkie, kategoryczne NIE. No, ale są w moim życiu sytuacje, kiedy ucharakteryzować się muszę, malachitową zieleń karnacji pokryć jakimś barwnikiem. To siedziałam, czując się, jak piąta kolumna nieumalowanych i słuchałam.

Wysłuchałam wykładu o tym z jakich cudownych substancji produkowane są kosmetyki, które będę miała okazję wypróbować. Jedno mnie zaintrygowało, a mianowicie fakt, że kremy przeciwzmarszczkowe produkowane są w oparciu o badania nad leczeniem blizn. To mnie zainspirowało, że zamiast kremu przeciwzmarszczkowego, należy kupić za jedną dziesiątą kwoty krem na leczenie blizn w najbliższej aptece. Polecam Contratubex. Nie śmierdzi cebulą.

Wykład był arcydziełem marketingowego bullshitu, połączonego z wiarą w jakiekolwiek możliwości redukcji zmarszczek i poprawiania kondycji skóry poprzez wcieranie substancji za grube dublony. Nie dałam się nabrać, acz była to ciekawa obserwacja.

Poirytowałam się nieco podczas zajęć praktycznych, bo panie szkolące założyły, że ja wiem jaką „paletę” reprezentuję i kazały sobie wybrać cienie. Odparłam natrętne skojarzenie z krainą Mordor, gdzie zaległy cienie. Na podstawie gamy kolorystycznej. Poprosiłam o radę na podstawie tego jak wyglądam, odmówiłam skorzystania z paletki w intensywnych fioletach, co ugruntowało moje zdanie, że Panie z Firmy nie patrzą kto koło nich stoi i jak jest ubrany, tylko cisną cokolwiek. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, nie miałam na sobie nic z czym konweniowałby jadowity fiolet. Nic.

Podczas testów wytrzymałam okrzyki „och, jak moja skóra oddycha! och, jak ona to pije!”. No, ja jestem profanem, pije jak pije, ale jak kupiłam za 9,90 krem Nivea w sklepie wielobranżowym w Istebnej, to odczucia miałam podobne. Jak się czymkolwiek posmaruje gębę spierzchniętą albo wysuszoną, to przynosi ulgę. Niezależnie czy to jest krem Nivea, olej kokosowy spożywczy, czy krem Firmy.

Zamalowanie worków pod oczami to zawsze krok w stronę wiecznej młodości i urody. Ale osobiście nie widzę różnicy między serum A, a serum B, które kazano mi nakładać w odpowiednich interwałach. Nie widzę sensu w wykorzystywaniu piętnastu pędzelków, kiedy od biedy wystarczy jeden. W życiu nie szczotkowałam rzęs przy pomocy specjalnego narzędzia, nie mylić z tuszem do rzęs, na takiej szczoteczce. Najpierw się szczotkuje narzędziem, potem maże szczoteczką. No, nie wiem jak wy, ale ja tam nigdy kołtunów na rzęsach nie miałam.

Paletę kolorów dobrałam w końcu jakoś do moich dżinsów i ulubionych kolorów (yyy, szary i szary?). Kazano mi powiekę w trzech miejscach pomalować trzema kolorami. Przyznam, że położenie jednego koloru nierównomiernie, zapewne dałoby identyczny efekt. Zwłaszcza, że oczy mam osadzone tak, że i tak tego makijażu widać nie będzie, a to, co by było, zapewne zasłonię okularami.

Do tej pory było w zasadzie z górki, mimo, że efekt nie odbiegał od tego, co, mimo ewidentnych braków kompetencyjnych, jestem w stanie uzyskać we własnej łazience przy pomocy przeterminowanego Avonu, który mam w szufladzie. Aż pojawiła się granica moich możliwości. Granicą okazało się namalowanie kreski na oku. Otóż, jak sądzę, leworęczny przedszkolak, zrobiłby to lepiej. Wyszło krzywo, asymetrycznie i nie było dobrze. Nie wracajmy do tego.

A na koniec, już uśliczniona, dostałam próbki. W domu uczciwie usiłowałam je stosować, badając czy aby zmarszczki mi się zmniejszą (nie zrobiły tego), a może skóra nabierze świeżości i blasku (nie nabrała). Za to do jednego tylko się przekonałam. Rzeczywiście kosmetyki za dużo złotych, różnią się od tych tańszych. Otóż uczulenia których dostaję po tych tańszych schodzą mi po tygodniu traktowania nieco droższym kremem do skóry atopowej, a to którego dostałam po próbkach Firmy zeszło mi po trzech tygodniach i maści ze sterydami. Pozwolę sobie więcej nie ryzykować nauki makijażu, bo może i jestem zaniedbana i niemalowana, ale za to nie jestem kostropata.

I tak oto straciłam bezpowrotnie okazję zostania Wpływową Blogerką oraz czerpania Gratisów. Ale czegoś się jednak nauczyłam. Głównie o sobie, ale zawsze.

Tak, mam zdjęcia. Nie, nie pokażę.

Warszawa, nauczyciele, Zintegrowany System Zarządzania Ruchem i ja

Dotarcie do pracy wczoraj (tak, wczoraj, praca zmianowa FTW, kiedyś o tym napiszę) zajęło mi godzinę. Z czego przemknięcie do Mostu Poniatowskiego — dziesięć minut, a pozostała część pięćdziesiąt. Megalityczny korek zawdzięczałam protestującym nauczycielkom [1]. Tu pominę analizę postulatów, acz przyznam urlop na poratowanie zdrowia (w sumie trzy lata, jednorazowo maksymalnie jeden rok już w siedem lat po rozpoczęciu pracy i na każdą chorobę, na wniosek od lekarza rodzinnego), brzmi kusząco. Też bym co jakiś czas chętnie sobie coś podratowała na wniosek lekarza rodzinnego. Ale miałam całe życie matkę na nauczycielskim etacie, a i sama dwa lata w szkole uczyłam (z tego miejsca pozdrawiam moich uczniów z Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii SOS, niewiele młodszych ode mnie), więc wiem, że chleb nielekki, tani i wyjątkowo frustrujący. Cud, że nie poszłam siedzieć, tak po prawdzie. Rozumiem więc część postulatów, acz rozumiem też dlaczego w niżu demograficznym nauczycieli potrzeba jest mniej, a szkoły są zamykane. Do tego wszystkiego doceniam, że nauczycielki przyjechały w sobotę i, w przeciwieństwie do związkowców, nie zatkały całego miasta w dzień powszedni, biorąc na tę okazję urlop na żądanie i zmniejszając PKB. No i były trzeźwe. Doceniam i dziękuję, a że ja musiałam jechać do pracy, to przykra okoliczność.

O co więc neurastenia cała? Otóż o to, że o przyczynach kataklizmu dowiedziałam się jak już do pracy dotarłam. A jak utknęłam pod tym mostem, widząc tempo przemieszczania się korka i smutno błyskające na niebiesko koguty policyjne najpierw zaklęłam szpetnie, że nie mam laptopa, bo dałoby się, od biedy, pracować (i jechać w tym korku zygzakiem, że tak zażartuję hermetycznie), a potem rzuciłam się do telefonu sprawdzać co, u diabła, się stało. I ręka w ładownicy, długo i głęboko szukała, nie znalazła. I żołnierz pobladnął. Fb — nic. Aplikacja Gazety.pl — nic. Znalazłam Radio Warszawa. Dowiedziałam się jaka jest pogoda i wysłuchałam kilku ckliwych melodii. Stan irytacji podniósł mi się o kilka procent. Waze — nie powiedział nic. Co więcej, nawet kierujący ruchem policjant, do którego rozdarłam uprzejmie ryja przejeżdżając przez skrzyżowanie Ludnej z Solec, nie potrafił mi w powiedzieć gdzie mogę wrócić na Czerniakowską. Profilaktycznie więc, nie pojechałam, jak wszyscy, w Rozbrat, tylko poleciałam do pl Trzech Krzyży i Ujazdowskimi dojechałam na Mokotów. Jak się potem okazało w ostatniej chwili, bo Ujazdowskie też zamknęli. Potrzebuję serwisu Korek.pl, radia Korek, aplikacji „Odetkaj się”. W sumie #PomysłNaStartup. Zapłacę.

A o co mam pretensje? A o to, że na Wisłostradzie, Na Wybrzeżu Kościuszkowskim, zaraz za Mostem Śląsko-Dąbrowskim (tzw. Kierbedzia), stoli taka świecąca tablica.

To chwilę przed tym radarem, który robił zdjęcia jadącym tam szybciej niż 30 km/h. Teraz trochę spuścił z tonu i fotografuje tych pędzących 60. Na tablicy świecą dumnie trzy ograniczenia do pięćdziesięciu. O ile pamiętam zawartość tablicy zmieniła się raz, właśnie z trzech trzydziestek na trzy pięćdziesiątki, zupełnie jak moje przyjęcie urodzinowe w ciągu ostatnich dwudziestu lat. A tablica, jak sądzę, jest sterowana elektronicznie i można na niej wyświetlać cokolwiek. Np. napis: WISŁOSTRADA ZAMKNIĘTA OD ULICY LUDNEJ DO TRASY ŁAZIENKOWSKIEJ. Wtedy co szybciej myślący kierowca, odbiłby sobie w Karową, pojechał Powiślem i zaoszczędził godzinkę. Ale po co.

No, to ja się pytam retorycznie. Ile kosztowała ta tablica? Po co ona jest? Kto nią zarządza i gdzie stoi klawiatura, na której mogłabym wklepać POCAŁUJCIE NAS W DUPĘ? [2]
Druga taka stoi na Solcu przed Łazienkowską i dla odmiany głosi: UTRUDNIENIA PRZED LUDNĄ. Tak zawsze głosi i szczerze mówiąc, nihil novi. Ale, żeby jakie utrudnienia, ile minut korka, odkąd korek i gdzie się kończy. A to, już nie. Po co.

Postuluję więc — zamiast kupować elektroniczne tablice i umajać nimi „zintegrowany system sterowania ruchem” [3], zapłaćmy panu Kaziowi kilka złotych, żeby raz na dwa lata przy pomocy klucza nr 14 (nie pytajcie skąd wiem, jaki klucz) odkręcał dwa znaki drogowe z trzydziestką i przekręcał te z pięćdziesiątką. A przed Łazienkowską można postawić pana Zdzisia z planszą i stosownym napisem o utrudnieniach przed Ludną, nawet za często mu tych tablic nie trzeba będzie wymieniać, jak się trwałe zrobi. Bo tam się nic nie zmieniło od kiedy tablica stoi. Ewentualnie możemy pójść w ślady sprytnych depresiaków i płacić bezgotówkowo. Tyle, że depresyjni umieją nad autostradą napisać FILE VRIJ. Albo, że FILE 5 km/10 min, co rozumie nawet tak niederlandzko niedorozwinięty Polak, jak ja.

PS.
I tak oto, nawet zdążyłam z (w miarę) aktualną notką i jestem z siebie dumna.


[1] Ilość samców w tym zawodzie jest naprawdę zaniedbywana. Niestety.
[2] Ma ktoś pdfa z „Limes inferior” Zajdla? Bo nie chce mi się w papierze szukać, w jaki napis wycięto ten las.
[3] Po włączeniu którego, dla odmiany permanentny korek o 8 rano, do tej pory stojący od Mostu Gdańskiego, zaczął stać od Krasińskiego, a nawet czasami od Trasy Toruńskiej. Ale to detal i #InżynierGalas.

Dziękuję. Ludzie są dobrzy.

Jeśli jesteś w grupie osób, które w tym roku, przy wypełnianiu PITa, w pole „Jeden procent” wpisały moje nazwisko, to zawdzięczam Ci leczenie na kolejne kilka miesięcy i prawdopodobnie parę neuronów.

Nie wiem komu dziękuję. W rozliczeniu dostaję tylko kwoty. Ale wiem, że jestem Wam naprawdę wdzięczna, że jesteście i pomagacie. Dostarczacie mi niebagatelnych wzruszeń i przywracacie wiarę w ludzi, świat, wszechświat i całą resztę.

Obiecuję, że dalej będę się upierała, że mogę więcej niż zdrowy, będę jeździła na nartach, rowerem po górach, kamperem po wykrotach, będę prowadziła samochód przez dwanaście godzin, łaziła na pielgrzymki piesze po starożytnych gruzach, wspinała się na cementownie i wyjeżdżała w Tatry.

To, że nie daję się przekonać, że jestem chora, zawdzięczam również Wam.

Nie umiem pisać podziękowań, ale dziękuję Wam za wszystko. Świat nie jest takim złym miejscem.

Powązki, jak co roku

Odebrałam wychowanie nie przystające do poglądów. Bo tak się jakoś utarło, że Powstanie, Katyń, patriotyzm, to katoprawica i trochę obciach. Trochę się utarło, a trochę oddaliśmy im naszych ojców, dziadków i pradziadków, którzy w rozmaitych imprezach udział brali, niekiedy terminalny. Pozwoliliśmy, żeby naszymi korzeniami, jakby ich poglądy nie były odległe od naszych, twarz sobie wycierały osoby bez zdolności honorowych. Symbolem tego o czym mówię jest szarpnięcie Kazimiery Szczuki, która w programie na żywo, o mało nie przyładowała Arturowi Zawiszy fangi w nos. Myślę, że nie przyładowała właśnie dlatego, że Zawisza ma wąs, ale zdolności honorowych właśnie za grosz. Miałam kiedyś okazję trzy zdania na ten temat z Kazią zamienić i wyszło z rozmowy, że oddajemy walkowerem. Ona ojca, ja dziadka i to wszystko o czym nam w domu opowiadano. Naszą przeszłość, naszą historię, a nawet nasze rodziny. Pozwoliliśmy, żeby o patriotyzmie, historii, mówiło się wyłącznie na propagandowych wiecach prawicy.

Dla mnie patriotyzm, to płacenie podatków w tym kraju, segregacja śmieci i wychowanie dziecka tak, żeby jego pierwszą myślą po uzyskaniu jako takiej samodzielności intelektualnej nie było „w-y-p-i-e-r…m”. A przy okazji uważam, że archiwa zalegające gdzieś na wschodzie powinno się ujawnić i moja matka powinna się dowiedzieć kim jej ojciec był, co zrobił i jak zginął. Co roku też idąc 1 listopada na Powązki stawiam znicz na grobie Rydza-Śmigłego. Z roku na rok z większym poczuciem obciachu. Zjadam własny ogon, bo dochodzę do etapu, że wstydzę się również tego, że coś co w zasadzie nie jest z mojej strony żadną manifestacją polityczną, może mnie postawić w jednym rzędzie z ludźmi, koło których nie chcę stać i którzy za jedenaście dni będą próbowali zdemolować mi miasto. Z patriotyzmu. I mam wrażenie, że to odczucie jest powszechne, bo z roku na rok zniczy na grobie Rydza-Śmigłego jest coraz mniej.

Dzisiaj też stałam nad potężnym pomnikiem i odpalałam świeczkę. Bez problemu postawiłam ją pod grobem, choć pamiętam czasy, że świeczki nie mieściły się na chodniku. I naprawdę sądzę, że to wynika z upupiania bohaterów przez środowiska „patriotyczne”. Widzicie cudzysłów? Jest bardzo duży.
Odeszłam kawałek alejką, kiedy dogonił mnie staruszek z notesikiem.
— Pani się interesuje historią? To ja pani coś pokażę. — powiedział wertując nerwowo, chociaż nie mam na plecach napisane, gdzie pracuję, więc się nie bałam. Między zapisanymi stronami znalazł zdjęcie:

— Proszę zobaczyć. Tak to kiedyś wyglądało. [1]
Na odwrocie było napisane, że zdjęcie zostało zrobione 1 listopada 1957. I nie wiem, czy pan pokazuje zdjęcie każdemu, kto ma mniej niż sto lat, czy podsłuchał, jak się użalam nad oddaniem Rydza w prawicowe łapy.

Mój dziadek nie ma grobu. Leży w zbiorowej mogile, którą co bardziej krewcy politycy co jakiś czas chcą rozkopać. Grób symboliczny ma koło Babci, a tabliczkę pamiątkową na tzw. ścianie katyńskiej w kościele Karola Boromeusza.

Jest tam odkąd zaczęło być wolno o tym mówić. I niepomiernie mnie co roku irytuje, jak otwierają tajemniczą skrzyneczkę w murze i okazują gawiedzi przestrzelony czerep podpisany, jakby ktoś miał wątpliwości „czaszka oficera rozstrzelanego w Katyniu”.
Nienawidzę tego. Szansa, że to czaszka należąca do mojego dziadka to 1:4400, ale niemniej niezerowa. I chyba mogę sobie nie życzyć.

Nie życzę sobie wielu rzeczy. Nie życzę wycierania otworów gębowych Katyniem. I nie życzę sobie łączenia katastrofy smoleńskiej z ofiarami z 1940. No, ale mogę sobie nie życzyć. Na ścianie Boromeusza nie ma miejsca na cztery tysiące tabliczek, ale jest na dwie wielkie tablice z 96. nazwiskami ofiar katastrofy i potężny napis. Naprawdę sytuacja, kiedy stawiam świeczkę pod tabliczką z nazwiskiem Dziadka i mam ochotę wrzeszczeć, jest wysoce niekomfortowa. Nie mam zdjęcia, zemdliło mnie.

Kiedyś śpiewaliśmy, że Nie oddamy Chinom Związku Radzickiego. Naprawdę mam ochotę na następną manifestację z okazji jakiegoś niepodległościowego alleluja zorganizować przemarsz lewactwa o endeckim rodowodzie. A na następną Paradę Równości iść z dziadkowym Krzyżem Walecznych, który dostał za 1920 rok. Tylko chyba nieuprawnione noszenie odznaczeń państwowych to jest jakiś paragraf. Tym lepiej, w sumie.

[1] Jeśli ktoś nie wie: Rydz-Śmigły był wiele lat pochowany na Powązkach pod pseudonimem właśnie Adam Zawisza, żeby go nie wykopali i nie wywieźli. Prawdziwe nazwisko pojawiło się na grobie dopiero w 1994.

Pewnego roku na pewnej Polanie…

Siedzę przy stole z legendą polskiego alpinizmu, człowiekiem, który jako pierwszy przeszedł filar Kazalnicy Mięguszowieckiej. Jeśli ktoś nie wie, to tak, jakby Jimmy Hendrix wpadł na kawkę. Że o drobiazgach jak pierwsze wejścia w Himalajach, nie wspomnę. Mówicie, że mnie trudno dobić? To posłuchajcie o 74-letnim Pomurniku, który się Parkinsonowi nie kłania, potrafi się trzy razy przewrócić na dwóch metrach, co nie przeszkadza mu wchodzić z Doliny Kościeliskiej na Ciemniaka (sześć godzin podejścia, dla zdrowego). Telefonu nie nosi i zabrania dzwonić po GOPR, jeśli nie wróci na noc. Zasypia w kosówce i wraca następnego dnia.

Ożywia się, jak zaczynamy snuć nasze, żałośnie ubogie w porównaniu z jego światem, taternickie wspomnienia. Nie sponiewierała go wspinaczka, nie sponiewierały ośmiotysięczniki, nie sponiewierała Arktyka. Walczy ze starością. I to jest jedyna droga, kiedy nie ma się z kim związać. Tędy trzeba na żywca. Wspomina Wandzię, której się udało zostać na Kanczendzandze i teraz nie musi czekać na powolną śmierć w dolinach.

I zrobiło mi się głupio, że uważam się za osobę starą i niesprawną, że z powodu jakiś drobnych niedogodności olałam wspinanie, latanie, downhill. Bo nagle przy stole ktoś do mnie mówi „dziecko” i posyła po wrzątek. Zawstydziłam się i przestałam przejmować. Tak, jak AJS nie przyjmuje do wiadomości, że pewne moje umiejętności można uznać za przeterminowane i mówi z pewną irytacją: skakałaś po tych górach jak koza, to teraz nie dasz rady? I chyba mnie przekonał.

Wiosną przyszło mi do głowy, że mój organizm szprycowany wysokokalorycznymi produktami Big Pharmy odpuścił. I może jednak (aż mi oddechu zabrakło, jak to pomyślałam), wejdę jeszcze kiedyś do Pięciu Stawów. Roztoką się dowlokę. Miało być pomalutku, ale jak dotarłam do podnóża Tatr, jakoś tak wyszło, że nie Roztoką, tylko wyjedźmy pierwszą kolejką na Kasprowy i przez Świnicę… Jak nie dam rady, to zawsze można uciec albo z powrotem do kolejki albo wycofać się przez Pojezierze. Pierwsza kolejka startuje zanim wystartują PKSy w Zakopanem. Samochodem jechać — bez sensu, wracamy inną drogą. Później jechać — bez sensu, kolejka do kolejki na Kasprowy skończy się w Kuźnicach. Zamówiliśmy taksówkę na Polanę Rogoźniczańską. No, dalibóg, jakby mi ktoś ćwierć wieku temu powiedział, że do kolejki na Kasprowy będę jechała przez Zakopane taksówką, niechybnie umarłabym ze śmiechu. Ale bohaterowie są zmęczeni i kawaleryjska fantazja już też nie ta. Albo może właśnie trzeba mieć fantazję dziadku?

I tak oto, Pojezierze obejrzałam z góry, na Świnicę weszłam. Łańcuchy i drobne przełojenia okazały się łatwiejsze niż trawers Arkadii, z kluczowymi trudnościami w Leroy Merlin. W sumie patrząc na Krywań, na Mięguszowieckie, na Czerwone Wierchy, byłam bardziej wzruszona niż zmęczona. I siedząc na kamieniu czułam się jak właściwy człowiek, we właściwym miejscu. Jakby tych 25. lat nigdy nie było.

Zawrat okazał się całkiem blisko, motto moich ostatnich pięciu lat, jakże aktualne, godzina wczesna. Poszliśmy na Mały Kozi, a potem na Kozią Przełęcz. Z Koziej zeszłam bez żalu, bo droga do 5SP prowadzi przez Dolinkę Pustą, z widokiem na szczerzące żądne krwi kły przepaście Zamarłej. Och, jak ja lubiłam nagrzane płońcem granitowe słyty. I Pustą też lubiłam, jak przed ścigającymi nas, za notoryczne noclegi bez meldunku, WOPistami, trzeba było ze śpiworem i całym majątkiem w kolebach się chować.

Bysiek po Tatrach nie chodził, mimo, że wśród miliona miejsc w które musi dotrzeć, Tatry są w pierwszej piątce. Trójce? Jedynce. Niech będzie, że to najważniejsze miejsce w jakie chciałam go zaprowadzić. Że Pięć Stawów Polskich to legenda, mit założycielski, korzenie, najbardziej kawaleryjska przeszłość, miejsce gdzie poznałam wszystkich najważniejszych ludzi, miejsce gdzie wszystko się zaczęło i wydarzyło.

Bysiek jako markowy produkt turystyki górskiej musiał zostać tam zaprowadzony przez nas. Wejść do Piątki z nami. Chciałam mu pokazać te miejsca o których opowiadałam, w o których historie dały mi sławę mołojecką, status największego łobuza w tej rodzinie i szacunek następnych pokoleń. Historie, z których połowy matka nie powinna opowiadać dziecku, ale które są tak zabawne, że nie mogę się powstrzymać.

Circle of life. Stanęliśmy z AJSem w miejscu, gdzie się poznaliśmy, pod okapem, gdzie wisiały nasze hamaki. Jesteś synu dorosły.

A miesiąc później na przeglądzie gwarancyjnym Big Pharmy, odpytywana ze stanu zdrowia, spowiadałam się ze wszystkich szaleństw ostatniego pół roku. Badająca mnie pani doktor wyraziła swoje zdumienie, dopytała o szczegóły, przeegzaminowała na okoliczność zaburzeń równowagi (no, nie mam! mówiłam, że nie mam!) i poleciała ze skargą do mojej lekarki prowadzącej. Że jak to, ona młodsza, zdrowa, a na Mały Kozi to się bała. I tam trudno. Wysoko. Przepaście. I lekkomyślnie może nawet. I w ogóle. Moja pani doktor jest moją panią doktor prowadzącą od lat. I już wypisywała mnie wcześniej ze szpitala, bo musiałam jechać na narty. Co roku śledzi moje szaleństwa i plany wakacyjne, chwaląc upodobanie do zimnych krajów i ciesząc się ze zrównoważenie lekceważącego stosunku do stanu własnego zdrowia. Pochwaliła wyczyn, pośmiała się z pani doktor, której nadepnęłam na ambicję i zapowiedziała, że będzie o mnie opowiadać innym pacjentom. Bo da się. No, da się, co się ma nie dać.

Przeszłam Orlą Perć. Rozwaliłam Scarpy. Wróciłam, żyję. Pomurnik wrócił z Wołowca.

Żyję sobie, jestę blogertę i diabli komu do tego

Wiersz warto. Ktoś wiedział czego to parafraza?

No, dobra, do rzeczy. Chcę zostać ambasadorem OSM Piątnica. Jak nie jestem fanką Serka Wiejskiego, tak Grani aka Twarożek Domowy z dżemem Zuzanki — wyrywa z butów. Zuzankę linkuję, bo ją lubię, a Piątnica jeszcze mi nie płaci, więc poklikajcie sobie po stronie, nie chce mi się linkować do serków. Dość powiedzieć, że poza serkami mają jogurt, który ma szanse wygrać batalię o moje serce, portfel i drugie śniadanie z Jogurtem Nadbużańskim i mleko z uchwytem. Jako osoba uzależniona od nabiału — chwalę.

Bez mleka robię się nerwowa. Okazało się, że nie chodzi o kawę, której nadużywam, ale o mleko, które do tej kawy leję. W bagażniku wożę zawsze pół litra, a w domu mam zapas mleka UHT na czarną godzinę. Podczas naszej ostatniej pielgrzymki do Rzymu żywiliśmy się pizzą, ciabatą i mlekiem. No i ja mlekiem z kawą. Sądzę, że nasza gospodyni, pani Tatiana, nigdy nie miała tak dziwnych gości po których musiała codziennie wyrzucać cztery butelki. Po mleku. Drugiego dnia zaczęła kupować nam mleko, co nas serdecznie ubawiło, bo ani nie prosiliśmy, ani nie oczekiwaliśmy. Widocznie uznała nas za nieszkodliwych wariatów, którym na wszelki wypadek ulubiony płyn należy zapewnić.

Starzeję się, serio się starzeję. Zupa-krem z dyni wychodzi mi całkiem jadalna, a dynię zapiekam przed mieleniem. Starość polega na tym, że najpierw zapiekłam dynię, a potem użyłam piekarnika do sterylizacji czarnoziemu pod kaktusy. Normalnie, sama siebie nie poznaję. Powinnam zrobić dokładnie odwrotnie, najpierw ziemia, a potem w śmierdzący kompostem piekarnik, dynia. Albo na raz, spora oszczędność czasu i energii elektrycznej.

Usiłuję się uwolnić ze stu sześćdziesięciu znaków, ale nie idzie mi łatwo. Nudniejsze od pisania o pisaniu są tylko sztuki teatralne o teatrze i blogi o pisaniu blogów. Kokieteryjnie więc uprzedzam, że będę śmieciła, bo odwykłam od pisania i po raz kolejny usiłuję przywyknąć abarot.

Klimatyczne labidzenie

Mieszkam w najgorszej możliwie strefie klimatycznej. Latem upał +40, zimą mróz -30. Nie ma dnia polarnego, a od listopada do kwietnia nie można jeździć skuterem. Nie ma fiordów, oceanu, nie ma Golfstromu. Nie ma wysokich gór. No, w mordę, chyba porzucę swój patriotyzm.

Rozważywszy wszystkie za i przeciw — Bretania. Klimat silnie umiarkowany, wieje, że łeb urywa, ocean i klify — obecne. Skandynawia odpada, bo zimą dla odmiany musiałabym połknąć żarówkę, a Szkocja to taka trochę brzydsza Norwegia.

Spędzanie zimy we Włoszech, a lata w Trondheim odpada, bo, wbrew pozorom, przywiązuję się do miejsca.

Pocztówka z Rzymu

Przeszliśmy pieszo przez coś, co chyba za jakiś czas będzie lotniskiem. Chwilowo robi wrażenie ugoru. Polecieliśmy latającym PKSem, przy starcie nie kazali zapiąć pasów, formułkę o bezwzględnej konieczności wyłączenia całej elektroniki i informacje, gdzie mamy maski z tlenem i jak należy dmuchać kamizelkę puścili z taśmy jak już byliśmy kilka kilometrów nad ziemią. Fakt, że przed startem dłuższą chwilę jechaliśmy całkiem szybko pomijam, bo też lubię pozapylać na wstecznym. Brakowało mi brzozy i sztucznej mgły i kazałam młodemu siedzieć przy skrzydle i patrzeć. Może kiedyś będzie musiał zostać ekspertem. Oczywiście wszyscy klaskali. No, ale za 100 zł do Rzymu, to nikt nie obiecywał biznes klasy z szampanem.

Wieczne miasto robi wrażenie. To samo co ćwierć wieku temu, kiedy byłam tam pierwszy raz. Wtedy można było kłaść to na karb tego, że byłam nastolatką wypuszczoną z kraju demokracji, jakże ludowej i pierwszy raz zobaczyłam, że tam na ulicach same Pewexy. W których oczywiście nic nie mogłam sobie kupić. Teraz dokładnie tyle lat ma młody i jakoś złości mnie to, mimo, że z własnym peselem jestem raczej pogodzona.

Nie lubię miast. Jak tylko mogę staram się spędzać życie na wietrznych klifach, grzejąc się w cieple Golfstromu, tak dla Rzymu robię wyjątek. Gdzieś w okolicy końca podstawówki rzuciłam się na czytanie wszystkiego o starożytnym Rzymie, co mi wlazło w ręce. Szczególną atencją darzyłam dynastię julijsko-klaudyjską. Moje koleżanki w liceum kochały się w Beatlesach i panach z Modern Talking i Depeche Mode, a ja, z pewną wyższością, w Oktawianie Auguście. Nie rozumiem tylko czemu wszystkim ulokowanie uczuć w boskim cezarze wydawało się bardziej absurdalne niż w żyjącej gwieździe muzyki pop. Zresztą, o ile dobrze pamiętam, nikomu nie przeszkadzało w uczuciach, że Lennon też nie żyje.
Mnie zaś słabość do tego kształtu czaszki i odstających uszu została na zawsze.

Oktawian August i jego uszy

Trzy dni w Rzymie, to jak czytanie Wikipedii, albo przeglądanie slajdów. Nasz rajd po kilku miejscach i bardzo wielu ulicach był tyleż obłąkańczy, co całkowicie niesatysfakcjonujący. W sumie przebiegliśmy 99,54 km. Mam uroczy zwyczaj biegania z włączonym GPSem w kieszeni, więc dane mam w miarę dokładne, a biorąc pod uwagę, że solidne stropy tłumią sygnał, to pewnie tę setkę złamaliśmy.

Z religijnych uniesień najbardziej cenię chłód średniowiecznych katedr. W Rzymie nawet październik bywa upalny. Kamienie na posadzkach wycierają się w różnym tempie. Mam ochotę siedzieć na podłodze w kościele i przykładać dłonie do posadzki, bo mam wrażenie, że pod palcami przepływa mi czas. Już przynajmniej nie zdejmuję butów, jak kiedyś, kiedy po wszystkich kościołach chodziłam boso, z sandałami przywiązanymi do plecaka. Przepasz się i włóż sandały. Kiedy, że nie. Cenię wszakże pokrewieństwo z Wujkiem Staszkiem, bo przyłapana na bosaka przed Pietą (Boże, jaka ona jest śliczna) przez strażnika w katedrze Świętego Piotra, bez zmrużenia błękitnego oka, powiedziałam mu, że jestem na pielgrzymce śladami św. Franciszka i jeśli tu nie wolno, to nie dopełnię ślubów. Widział, że wciskam mu ciężki kit, ale nie zadrżała mi nawet powieka, więc puścił mnie i bez butów zlazłam całą katedrę.

Jako wzorcowa rodzina ateistów odbyliśmy pielgrzymkę po wszystkich dużych kościołach w centrum Rzymu, w kilku nas zatchnęło z zachwytu, odśpiewaliśmy Barkę przed grobem Jana Pawła II, dwa razy zwiedzili groty z papieskimi nagrobkami, weszli na kolanach po Świętych Schodach z pałacu Piłata w Jerozolimie, które św. Helena zajumała do Rzymu. Szczęśliwie byliśmy tam na tyle wcześnie, żeby nie zbulwersować za bardzo poboznych pielgrzymów, traktujących imprezę poważnie, bo po tych schodach na kolanach to raczej wbiegliśmy z tymi plecakami, traktując całość z historyczno-ludycznym dystansem. Za złamany grosz nie wierzę w odpusty zupełne, cudowne uzdrawiania, bba, nie wierzę nawet w to, że na schodach kradzionych po trzystu latach została, pod tą szybką, kropla krwi Chrystusa, tak w schody wierzę i szacunek dla historii posiadam. I wiem też, że jeśli ktoś drypta po tych schodach dwie godziny na każdym stopniu klepiąc różaniec, to musi być bardzo zdesperowany i wypada to uszanować.

Polaków za granicą, szczególnie we Francji i we Włoszech, poznajemy po tym, że zamawiają latte, a potem są zdziwieni, że kelner przyniósł im mleko. Kawa we Włoszech jest dobra, bo dobra i tania. Nie piłam mleka, radziłam sobie całkiem niepatriotycznie. Przed grobem JP2 na kolanach trwają polskie wycieczki. Poznaje się je po taniej biżuterii i eleganckim stroju. Specyficznie eleganckim. Zrobiliśmy im przyjemność i zaśpiewali barkę. Nie za głośno i bardzo poważnie. Moje czarne serduszko zabiło mocniej, kiedy na twarzy umundurowanego strażnika zobaczyłam ten sam wyraz co kiedyś — on wiedział, że robimy sobie jaja.
W ogóle byliśmy w nastroju podniosłym, a patriotycznym i w Sali Sobieskiego w Muzeach Watykańskich wykonaliśmy Rotę, stojąc na baczność przed obrazem Matejki pt. Wiktoria Wiedeńska.

Papiestwo trzyma się mocno, jeśli liczycie na rychły upadek Kościoła, to się przeliczycie. Kolejka do św. Piotra o godzinie dziesiątej rano sięga końca kolumnady Berniniego. Mam wrażenie, że koło południa zaczyna w katedrze brakować tlenu i tylko patrzeć, a zachuchamy te zabytki na śmierć. Cała nadzieja w Chińczykach, którzy w Rzymie zachowują się jak my w Dolinie Królów.

Chwała Ci, Unio Europejska, za włomotanie operatorom komórkowym, za zbójeckie ceny roamingu. Kiedyś trzeba było uważać na każdym kroku, bo nierozważne operowanie GPSem i nie przyblokowanie w trzech miejscach dostępu do danych, kończyło się rachunkiem kilkuset złotowym. Dość szybko nauczyłam się kupować za granicą lokalne karty SIM i mam sporą kolekcję. Tyle, że już nie muszę ich używać. Pakiet 100 MB w roamingu kosztuje 20 złotych. Przy WiFi w hotelu i w wielu knajpach, i rozważnym korzystaniu, 25 MB przywiozłam z powrotem. Włoską kartę w plecaku miałam, nie wykorzystałam. 100 MB, czyli taka całkiem znośna ilość, jak się filmów nie ogląda i zdjęć nie przerzuca, wystarczy mi na te 4 dni. Stawiam kawę, jeśli ktoś doczytał do tego miejsca.

Nasza kwatera, znaleziona na Booking.com metodą „pokaż najtańsze” okazała się niedużym mieszkaniem, dwieście metrów od bazyliki św. Jana na Lateranie. To ta ważniejsza od św. Piotra, gdzie nas zatchnęło. Pani prowadząca lokal okazała się Rosjanką mówiącą tylko po włosku i rosyjsku. Pamiętając moje doświadczenia ze spożywką starałam się mówić WYRAŹNIE PO POLSKU, a ona mówiła WYRAŹNIE PO ROSYJSKU. Uniknęłam rozmowy w mojej oszałamiającej odmianie języka rosyjskiego, polegającej na dodawaniu rosyjskich końcówek do polskich wyrazów (pa paliach wrony łażut i kraczut). Po ustaleniu, że dywan to po rosyjsku kanapa, a owoce to warzywa obyło się bez dodatkowych atrakcji. Może trochę się wstydziłam, bo ziemnijaki i jarzynu z Ukrainy, to mi młody wypomina do dzisiaj.

Wracam tam. Urbi et Orbi i wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Bilet jest tańszy niż wycieczka w Beskidy. Kwatera u pani Rosjanki nieco droższa niż hostel w Gdańsku.
Mam zdjęcia, na których są duże kościoły, dużo gruzów i dużo kotów. Kiedyś je przejrzę. I może kiedyś napiszę o gruzach, ale nie wiem czy umiem, bo nigdy mi nie szło pisanie o czymś co jest dla mnie Strasznie Ważne.

Stara notatka z 3 grudnia 2007

Kilka razy do roku antenatka zawisa na mnie spojrzeniem trudnym i pyta „czy idziesz w niedzielę do cioci?”. Pierwszy okres młodzieńczego buntu mam już definitywnie za sobą. Nawet mam wrażenie drugi, trzeci, a nawet pierwszą młodość, a pytanie wciąż aktualne. Od czasu do czasu udaje mi się znaleźć jakiś uczciwy powód, żeby nie iść, ale z wiekiem przyzwoitość goni coraz bardziej.

Sprytnymi metodami łagodnego szantażu udaje mi się nawet zazwyczaj nakłonić młodego, choć mam wrażenie, że do czasu. Co jakiś czas u cioci wybucha jakiś drobny skandal rodzinny — a to pokłócę się z kimś o wegetarianizm (nie, nie zjem pieczarki, która spoczywa na kurzej łapie), a to o równouprawnienie, a to o politykę. O politykę ostatnio coraz mniej, bo mam wrażenie, że ciocia zestawy stołowo-imieninowe dobiera z klucza wyborczego, od czasu jak antenatka usiłowała rozszarpać jakąś kuzynkę w moherze.

Dzisiaj było nawet zabawnie. Siedziałam naprzeciw na czarno farbowanej, na czarno ubranej i karminowo uszminkowanej archetypicznej artystki, która spotyka się na kawkę z mami-Kaczyńską (a niech se jeździ tym BMW, co jej pani będzie żałowała), konferuje z Brzezińskim na Nowym Świecie (całkiem bez obstawy chodzi, taki cudak), a na swojego męża pokrzykuje „a bądź już cicho” i dodaje „stary gamoń” wszystkich zna, z wszystkimi się spotyka i komentuje wszystkie plotki od wczesnych lat ’60. Tak na oko, bo może i wcześniej.

Pani ekstremalnie wręcz dekoracyjna, ciesząca moje oczy i uszy przygasła wszakże przy ciotce, szarej i niedocenianej, która przy dyskusji o literaturze lekkiej zaczęła dopytywać czy ja tę Chmielewską to czytam. A czytam, czytam, zdrowie, dziękować, mruknęłam znad kawki. A bo oni tę Irkę Kühn znali, ale to bardziej jej męża, a nawet nie męża, ale taką Alicję, co u niej bywali pod Kopenhagą. I tutaj udławiłam się ciasteczkiem. W Birkerød? A tak właśnie, a skąd wiem? A ta Irka to tam była, jak oni byli i już książki pisała, krótko była i na wyścigi latała.

Udało mi się z wrażenia nie udusić i gwałtownie zaczęłam przegrzebywać warstwy pamięci w poszukiwaniu ciotki uwiecznionej przez ganiającą Irkę na kartach którejś ze znanych mi powieści. Ciotka zignorowała moją euforię, co to wielkiego, stare znajome z architektury. I dla złagodzenia efektu wepchała we mnie jeszcze kawałek tortu.
Powinnam się chyba zainteresować swoją rodziną.

Ciotka zmarła w zeszłym roku…
„Ta Irka” dzisiaj.

Nadchodzi sezon katarków…

… pozwolę sobie wyemitować moją frustrację.

Szanowni moi współpracownicy, towarzysze doli i niedoli, współużytkownicy korporacyjnej klimatyzacji.

Zwracam się do Was z gorącym apelem/prośbą — jesteście chorzy? Siedźcie w domu. Doceniam Wasze poświęcenie, chęć do pracy z katarem, kaszlem i gorączką, ale bądźcie uprzejmi, empatyczni, pomyślcie o innych i weźcie L4, kilka dni urlopu, chorujcie w domu. Wasze kilka dni nikogo w korporacji nie uratuje, prawdopodobnie świat się nie zawali podczas waszej nieobecności, wasza wydajność i tak jest na pół gwizdka, więc zasłużonej premii i tak nie będzie. Dla Was to kilka dni, dla mnie to coś znacznie poważniejszego.

I nie mów proszę, że ten gruźliczy kaszel, to alergia.

Mam leczone SM i chemicznie obniżoną odporność. Katar, który u Was trwa leczony trwa tydzień, a nie leczony siedem dni, u mnie trwa miesiąc i zazwyczaj kończy się poważnymi powikłaniami, nie tylko od strony układu oddechowego, to da się wytrzymać, ale również neurologicznymi. A to wiąże się ze szpitalem, kroplówkami, sterydami i innymi przykrościami.

Przez jeden głupi katar nie wyląduję na wózku, to tak nie działa. Ale imię Wasze milijon, a ja każdy katar od Was złapię, każdy katar przechoruję i każda infekcja ugryzie mój układ nerwowy, który niemałym trudem moim i lekarzy, niemałymi nakładami finansowymi, pracowicie odbudowuję. Nie widać? To dobrze, tak ma być.

Uwierzcie, łatwiej Wam wziąć tydzień zwolnienia lekarskiego, niż mnie brać zwolnienie za każdym razem jak ktoś z Was choruje. Dlatego następnym razem, kiedy chorzy będziecie się pakować do pracy, pomyślcie, że być może w pomieszczeniu w którym pracujecie, w openspace, w zasięgu klimatyzacji nad którą właśnie kaszlecie, siedzi ktoś, dla którego Twoje poświęcenie dla pracodawcy ma zupełnie inny wymiar. I całkiem tego nie widać.

Proszę — nie przychodź chory do pracy.

Dziękuję za pamięć, do niezobaczenia przy najbliższym katarze.

ams

Jak naprawiłam lotnisko w Modlinie

Wystarczyło, żebym zarezerwowała lot na początek października, ciesząc się jak dziecko, że tanie linie latają z Okęcia, gdzie jak człowiek, komunikacją miejską, bez brania kanapek na drogę i herbaty w termosie, dotrę zanim mnie wczesna starość zaskoczy. I takoż powrócę, bez wleczenia najbliższej rodziny w dziwnych porach pod Nowy Dwór Mazowiecki.

Dzisiaj przyszedł mail:

Ryanair pragnie poinformować, iż od 30 września 2013 r. wszystkie loty z/do Warszawy będą odbywać się z lotniska w Modlinie.

Ktoś ma jakieś życzenia?

Wylewy i zawały

— Popatrz w światło! — ryczę złowieszczo nad kuchenką gazową, do mojej biednej maci. — Pakuj się, jedziemy do neurologa, na ostry dyżur!!! — rzucam czajnik i rozsypuję kawę, nieco przemęczona po powrocie z pracy.
Matka, całkiem przytomnie, trochę zdziwiona, patrzy na mnie niczym kot ze Shreka, źrenicami jak pięciozłotówki.
— Zbieraj się! — ponaglam. — Coś ci jest! Wylew?
Cały czas pamiętam, że moja babcia umarła na wylew i jednym z objawów były właśnie nieakomodujące źrenice.
— Atropina. — mówi moja mać z iście angielską flegmą, patrząc jak się miotam po mieszkaniu, usiłując na raz założyć buty i znaleźć dowód rejestracyjny. — Przecież Ci mówiłam, że idę do okulisty.
Klnę szpetnie, rzeczywiście mówiła.
— Jaaaakuuub — emituję sygnał dźwiękowy. — Cho, no, tu. Patrz, jakby twoja babcia miała takie źrenice, bez pobytu u okulisty, to wieziesz ją na neurologię, bo to znaczy, że ma wylew. A ty — mrocznie patrzę na mać, która udaje kompletne niewiniątko i nie widzi, że swoim niedoszłym wylewem o mało nie doprowadziła mnie do zawału. — A ty, jak u swojego wnuka zobaczysz takie źrenice, to wieziesz go na toksykologię, bo znaczy, że się czegoś naćpał.

Obrazili się obydwoje. Mać, bo zapomniałam o okuliście, a młody, bo go podejrzewam o ćpanie.

W oddali zniknie głowa moja płowa

To pewnie geny. Moi przodkowie prowadzili koczowniczy tryb życia. Albo za dużo lektur w stylu „Dzieci kapitana Granta”. Och, Patagonia, tak, bym była bardzo zadowolona. To najbardziej nierealne miejsce, w które chcę dotrzeć. Ameryka Północna ma swój urok. O ile jest północna. Trip po Stanach trochę kusi, ale robi się to standard i must have aspirującej klasy średniej, więc aspiruję sobie w kąciku. Ale tak naprawdę moje kiedyś i muszę, a nawet tam żyją smoki, to Ameryka Południowa. Oczywiście dla równowagi, naprawdę południowa. Tam jest zimno, rosną kaktusy. Tam nie dotarł Gógiel z Google View, a autostrada jest pokryta szutrem. Ale to kiedyś.

Chyba sporo przed tym, zanim pojawił się Bysiek, obiecałam sobie, że pokazanie dziecku świata jest równie istotne, a może nawet istotniejsze, od nakarmienia i wyprania portek. Karmienie wychodzi mi całkiem średnio, aż cud, że nie przyszła do nas opieka społeczna, że to dziecko nie dość, że mięsa nie je to jeszcze jakieś zabiedzone.

Od nastu lat sukcesywnie odhaczam miejsca, które, jak sądzę, powinien zobaczyć i odkąd zaczął w miarę prosto siedzieć w foteliku samochodowych ciągam po po Europie. Obecnie już bez fotelika, żeby nie było wątpliwości, mimo, że nadal jest na tyle zabiedzony, że pewnie bym go nawet w jakiś dała radę wepchnąć.
Los grafomana, kołaczą mi się po głowie jakieś fragmenty zdań, w których na pewno występuje zorza polarna i miliony miejsc w które musisz dotrzeć.

Jedno z ważniejszych miast na mojej mapie wrażeń to Rzym. Kocham Oktawiana Augusta od późnej podstawówki (to przypadek, że AJS jest do niego podobny!), Swetoniusza czytywałam zanim to było modne, Gravesa znałam na pamięć, a rodzina karciła mnie za czytanie Krawczuka. Pierwszy raz byłam z Rzymie, z pielgrzymką, jako dziewiętnastolatka wypuszczona ze szponów Matki Komuny. No, przyznam, to było mocne uderzenie. Potem, kiedy Europa zniosła wizy, w pierwszym w moim życiu europejskim tripie, Rzym musiałam zaliczyć. Dobra jestem w planowaniu trasy i jakoś bez wysiłku, palcem po mapie, dojeżdżam z Paryża do Rzymu. Niestety potem równie łatwo zamieniam podróżowanie palcem w podróżowanie realne i mam jakieś zakrzywienie rzeczywistości, bo odległości liczę w dniach, a nie w kilometrach. Pewnie to też ci koczowniczy przodkowie.

Dawno w Rzymie nie byłam. Nie chcę jechać tam kamperem, bo doświadczenie nauczyło omijać większe miasta. Kłopot duży, parkowanie trudne, uciechy mało. Na szczęście są tanie linie lotnicze, pensjonaty z jedną gwiazdką na booking.com i sklepy spożywcze. Lecimy w październiku.

Kiedy dziecko staje się kierowcą

To jest w zasadzie temat na dłuższą notkę, ale tak sobie wrzucę, bo już mi głupio w Dropboksie zapisywać kolejny plik tekstowy, w katalogu Notatki. Dawno nie liczyłam, ale jest ich tam już ponad trzydzieści.

A refleksja mojego wzburzonego żołądka, ofiary choroby lokomocyjnej, żałość matki, której dziecko stało się dumnym posiadaczem prawa jazdy kategorii B i powód nerwowego spięcia mięśniówki brzucha właściciela kolejnych samochodów, teoretycznie osobowych, brzmi:

Najważniejsza cecha kierowcy, szczególnie młodego to pokora.
Nic nie umiesz, nic nie przewidujesz i odbiór plastikowego kartonika z (PL) i twoim zdjęciem, to dopiero początek długiej i ciężkiej nauki.

A poza pokorą, życie może ci też uratować brak ambicji, założenie, że każdy chce cię zabić, nikt cię nie widzi, nikt cię nie wpuści i połowa nie wie, kto ma pierwszeństwo przejazdu.
Przy takim założeniu masz szanse być starym kierowcą.

Coś mi pękło

Szanowne Panie, przyjmijcie wyrazy współczucia.

Co i rusz czytam o lękach, jakie ogarniają panie przed trzydziestką. W trzydzieste urodziny stara była chyba tylko kuzynka Bietka. Policzmy. Zalęknione nadciągającą Potworną Trójką z Przodu, panie, mają dwadzieścia kilka lat. Czyli z mojego punktu widzenia — dzieci.

Trzęsą się owe dzieci przed wyimaginowaną starością, która niechybnie nadciągnie w trzydzieste urodziny wraz z siatką zmarszczek, obwisem co bardziej eksponowanych, do tej pory, części ciała i nieuchronną nadwagą. Na obwisach się nie znam, zmarszczki dodają charakteru, a siwiznę lubię. Zasugeruję z tego miejsca — tyje się od jedzenia, a nie od wieku.

I jak to czytam tak sobie myślę, że chwała Ozyrysowi, który stworzył mnie niedojrzałą emocjonalnie, wieczną siedemnastolatką. Jakimś dziwnym trafem nie przerażała mnie trzydziestka. W sumie niczym nie różniła się od dwudziestki piątki. Trzydziestka piątka też się zresztą nie różniła. Przed czterdziestką nawet się cieszyłam. Moment, kiedy mogłam powiedzieć, mam lat czterdzieści znajdowałam zabawnym.

Szczególnie lubię jak w komunikacji miejskiej, niewiele starsza ode mnie „staruszka” prosi o ustąpienie miejsca. Zawsze wtedy pytam, czy naprawdę nie może poprosić kogoś młodszego. Nie przeceniam swojego wyglądu. Starsze panie zazwyczaj niedowidzą, a do kategorii „młodzież” kwalifikuje czytanie książki na kalkulatorze. Chwilowo mogę mówić, że mam „prawie pięćdziesiąt”. I jakoś też przed tą nadchodzącą pięćdziesiątką lęków odstawiennych nie mam. Półwiecze! To urocze.

Boję się tylko tego, że będę żyła za długo, bo jeśli przed sześćdziesiątką (nie sądzę), siedemdziesiątką (prędzej) lub kolejną wielokrotnością dziesięciu, dożyję momentu, żeby zacząć labidzić nad swoim PESELem, to nawet nie będę mogła zażyczyć sobie, żeby mnie uduszono poduszką, bo ktoś za to pójdzie siedzieć.

Chwilowo planuję umrzeć, jeśli nadejdzie moment, że przed jakimiś urodzinami będę się martwiła zamiast cieszyć i w następnej cyferce nie znajdę naprawdę nic zabawnego.

10 lat?

10 lat temu o 11:03 napisałam pierwsze zdanie na moim joggerze. Nie powiem, trochę minęło, trochę się zmieniło.
Jeśli ktoś to jeszcze czyta, a tamte czasy pamięta — dziękuję i pozdrawiam.

To chyba dobra okazja, żeby skończyć jedną z 32 zaczętych notek, które trzymam w plikach .txt.

Mój problem polega na tym, że żyję tak, jakby pojutrze miał być koniec świata.

Stąd problemy z planowaniem, permanentny niedoczas, niedokańczanie niczego, łapanie teraz i zaraz wszystkiego z czym za dwa dni można nie zdążyć.
Nic nie może zaczekać, plany długofalowe nie istnieją. Jeśli coś się uda, to dlatego, że musi albo całkowitym przypadkiem.
Jestem egzemplifikacją hasła NO FUTURE i dotarło to do mnie w drugiej połowie życia.

Prędko, prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu…

Jestem urazowa

Jestem urazowa. Jak mówiła pewna lekarka „wpisane w obraz zaburzenia”. Jestem, byłam i prawdopodobnie będę urazowa nawet jeśli zmniejszę ilość okazji. Bo, chwilowo, a to skądeś spadnę, gdzie skądeś czasem bywa pierwszym piętrem albo całkiem wysokim drzewem, z obowiązkową wystającą, ostrą krawędzią albo się rozetnę i będę miała niepowtarzalną okazję spojrzeć w oczy własnemu układowi kostnemu albo coś sobie zerwę albo zwyczajnie obiję, albo zlecę z roweru albo zrobi mi się jakieś paskudztwo, które trzeba wychlastać.

Ponieważ natura dba o swoje dzieci i, jak wiadomo, kocha idiotów, dostałam na wyposażeniu na tyle odporny układ kostny, żeby nigdy sobie nic nie złamać, do tej pory tylko urywałam „miętkie”, zęby mam wszystkie i zdumiewająco zdrowe, jak na wyzwania, jakie przed nimi stawiam, a dodatkowo wszystkie rany cięte, kłute i szarpane zrastają się na mnie jak na psie. Nie paprzę się, nie mam zakażeń, sepsa się mnie nie ima. Nie ma róży bez ognia, więc po większości urazów zostają mi efektowne skaryfikacje, niekoniecznie planowane i ułożone nieco chaotycznie. Głównie, nie wiem dlaczego, na nogach. W ilości blizn pogubiłam się kilka lat temu, kiedy znalazłam coś całkiem zapomnianego, uzyskanego w przyjemnych okolicznościach przyrody (ooo, to było wtedy jak Mnicha łoiliśmy!).

Kiedy przy wspomnianym wychlastywaniu, chirurg grobowym głosem zawiadamiał mnie, że „zostanie blizna”, dostałam ataku śmiechu i spytałam go, czy spojrzał na drugą nogę. Otóż za dokładnie nie spojrzał. Jedną z moich ulubionych, wieloletnich blizn wyciął mi ortopeda przy przeszczepie więzadła kolanowego i połatał zamiennie, nieco ładniej. Mam wrażenie, że nikt na sali operacyjnej nie mógł zrozumieć, dlaczego jestem niezadowolona. Chcieli mi nawet moją bliznę w formalinie oddać, ale ostatecznie zadowoliłam się oględzinami i czułym pożegnaniem.

Przestałam liczyć. Bo przejmować przestałam się wiele lat temu, mniej więcej w okolicy Drugiego Armagedonu, czyli operacji ortopedycznej, dzięki której wprawdzie chodzę, prawie nie kuleję, ale za to wzbogaciłam się o sześć (to pamiętam) dorodnych blizn. Pierwszy Armagedon (to było to pierwsze piętro plus potłuczona butelka pod tarasem z którego leciałam) zdarzył się jak miałam sześć lat (kolejne sześć blizn i drobiazgi w stylu utraty jednego mięśnia), Drugi, jak miałam dwanaście. Trochę mi się od tego czasu urosło, bliznom też. Przez chwilę się tym nawet przejmowałam, bo odpowiedź „zacięłam się przy goleniu, o tutaj mam goleń” nie wszystkich satysfakcjonowała, przestałam więc chodzić w krótkich spodenkach i spódnicach. W sumie chyba potraktowałam to jako niezły pretekst.

Od tych krótkich spodenek czasami robiłam wyjątki, co kończyło się zazwyczaj zabawnie, jak wtedy, kiedy robiąc wspinaczkowy kurs tatrzański, w szortach, siedziałam przed Betejemką na Hali Gąsienicowej i jarałam szluszki (to były piękne czasy) z niejakim Bobasem, czyli Bogusiem Słamą.
Bobas popatrzył na moje nogi krytycznie i mruknął:
— No, dziewczyno, ale karty zdrowia sportowca, to ty legalnej nie masz…
No, nie miałam oczywiście. Bobas pocieszył mnie, że połowa szkolących mnie instruktorów, też nie ma i mam się nie przejmować.

W młodości, na wszelki wypadek, opanowałam trudną sztukę szycia skórnego, poćwiczyłam na poduszkach i założyłam sobie ze dwa szwy eksperymentalnie. Zdjęłam więcej, bo to łatwiejsze i nie zawsze po szyciu chciało mi się docierać d o jakiegoś gabinetu.

Jestem więc przyzwyczajona i doskonale znam to uczucie, kiedy zanim spojrzę_ już wiem, że stało się coś niedobrego, a kop adrenalinowy po uszkodzeniu powłok rozpoznaję bez pudła. Jak wczoraj.

Wczoraj postanowiłam posypać ogród nawozem. Bo ogrodowi pora była, a burza nadchodziła, więc postanowiłam oszczędzić na podlewaniu. I poszłam nawozić. Nawóz, jak nawóz, granulowane minerały, które się wysypuje pod winogrona i dzikie wino. Burza nadchodziła ku Worobiowym Górom, więc, ja tak szybciutko, ten nawozik, polecę i rozsypię. I tak oto leciałam po schodach z tarasu, kiedy poczułam, że przywaliłam w coś kolanem. Jak się potem zastanowiłam, chwała Dowolnej Bozi, że kolanem, bo nie przywaliłam, tylko się klasycznie nabiłam na sekator uniwersalny Żyrafa, sterczący ze studzienki ostrym końcem do góry. Bardzo ostrym, jak się okazało.

Szybka obdukcja wykazała cięcie na długość około trzech centymetrów, ładne, równe, jakby chirurg ciął, cholernie głębokie i nawet mało krwawiące, jak na ukazujący się obraz rzepki kolanowej (o, hai) i jakiś podrzędnych flaków. Szybko się zrastam, co nie? Nieledwie w oczach. A narzędzia Fiskarsa w sumie dalej polecam, są ostre.

Więc w jednej ręce krzepko dzierżąc nawóz do winogron, a w drugiej powieź mojego kolana, starając się trzymać część kolana prawą z częścią lewą, zgięta w pół (chodzenia z rozpadającym się kolanem, jednakowoż, nie polecam), ostro kulając, w klasycznej pozycji „jestem ubogą staruszką trzymającą kolano, laboga” dotarłam do domu, gdzie, chlapiąc trochę na czerwono, możliwie _spokojnym_ i _dobitnym_ głosem, od drzwi oznajmiłam:
— Poproszę _szybko_ do pomocy kogoś, kto nie mdleje na widok krwi. _Bardzo_ rozcięłam sobie kolano.

W zapadającej ciszy usłyszałam AJSa, cofającego się w głąb swojego lekko autystycznego świata, z niewypowiedzianą refleksją, że przecież na świecie jest tyle kobiet, które nie prezentują w piątkowe wieczory kości w kolanie, brocząc obficie i czemuż, aż czemuż, właśnie jego to spotkało. Ja zawsze powtarzam, że to dlatego, żeby mu nie było nudno.
Pozostałe 2/3 mojej rodziny zameldowało się karnie, z czego maja matka tradycyjnie w ataku paniki, lekko histeryzując, a Bysiek przejęty i na oko nie do końca przekonany, czy on na pewno nie mdleje. Okazało się, że nie. Wprawdzie do umycia okolic rany przyniósł mi wrzątek (dziękuję synku, ale zimną poproszę, muszę to umyć, a nie wygotować), a zamiast wyjazdowej apteczki przyniósł mi wyjazdową kosmetyczkę z kremami z filtrem +50, ale potem poszło bez zakłóceń.

W wyjazdowej apteczce miałam Ostatni, Przeterminowany, Zapomniany, Wożony od stuleci, listek Steri-Stripów. Żeby nie było za różowo, tych mniejszych, trzymilimetrowych. Upewniwszy się, że dziecko nie mdleje, kazałam mu w miarę ścisło trzymać powisające ze mnie ochłapy i sprawnie skleiłam je plasterkami. Krew nie leciała, boleć nie bolało, sytuacja wyglądała na wstępnie opanowaną.

Kategorycznie odmówiłam jechania do szpitala, bo zapewne zszyliby mnie nieco ładniej niż się sama skleiłam, ale wizja izby przyjęć i chirurgia urazowa Szpitala Bielańskiego w piątkowy wieczór sprawiła, że spanikowałam solidnie i zrosłam się natychmiast. Gdybym miała nici i lignokainę, to bym się znieczuliła i zszyła sama, ale nie mieliśmy armat [1]. Spędziłam uroczy wieczór na kanapie podziwiając moje prawe, to lepsze kolano ozdobione pionową dekoracją, która (a znam się na tym) będzie widoczna przez najbliższe 40 lat.

Bysiek w chwale i glorii, dumny z siebie i udanej asysty, udał się na imprezę, a ja jeszcze przytomnie zadzwoniłam do niego i kazałam w aptece kupić plaster bez opatrunku i maść z antybiotykiem. Apteka Żoliborska okazała się mieć Steri-Stripy, te lepsze sześciomilimetrowe i, w postaci młodej pani aptekarki, odmówiła wysłuchania opowieści Byśka o mojej rzepce kolanowej.

Na wszelki wypadek ubrałam się w ortezę z wentylacją kolana, żeby przez sen nogi nie zgiąć i poszłam spać. Drobna rafa pojawiła się około drugiej w nocy, kiedy obudził mnie jakiś dyskomfort. Było mi piesko gorąco, orteza grzała jak wełniane kalesony, a Steri-Stripy zaczęły się radośnie odklejać. Udałam się do łazienki, zmieniłam opatrunek i poszłam spać. Rano obudziłam się z przyzwoicie gojącą się, solidną blizną.
Fart w tym wszystkim miałam w kilku miejscach — dźgnięcie w kolano kilka centymetrów niżej pozbawiłoby mnie więzadła rzepkowego, a kilkadziesiąt centymetrów wyżej prawdopodobnie wątroby, kość cięcie zamortyzowała. Sekator był w miarę czysty, więc szans na tężec nie mam. Żadne duże naczynie krwionośne tamtędy nie przebiega. Zapas Steri-Stripów i Cosmopora do oklejania się mam. Przeżyję. Chwilowo wykorzystuję okazję do siedzenia z wyprostowaną nogą na zacienionym tarasie, patrzę jak kwitną róże i kaktusy.
W ciągu najbliższych dni okaże się, czy faktycznie jestem komandos [2] i nie musiałam jechać do szpitala…

[1] Burmistrz miasta do Napoleona:
— Oddalibyśmy, na cześć Waszej Cesarskie Mości, salut armatni, ale po pierwsze, nie mamy armat, a po dru…
— Wystarczy po pierwsze — powiedział Napoleon.
[2] Thanks to Zuzanka

Nostalgiczne rozważania nad odrapaną farbą klejową…

Mam jakiś nabożny szacunek do wyłażących, gdzie nie, gdzie, spod farby i tynku kawałków farby kładzionych podczas budowy mojego domu. Kolorów, które wybierała babcia, na które patrzyła moja prababka, którą w jednej, pośmiertnej migawce, pamięta matka. Tynku, którego położenie sprawdzał dziadek, którego nie znał nikt z żyjących. I cegły, które na budowie przekładała nieletnia siostra mojej matki, bo trudno mówić „ciotka” o kimś, kto zmarł, długo przed tym, zanim się ktokolwiek z nas urodził.

I niby wiem, że patrzyli na cały dom, chodzili po tej samej podłodze, siedzieli na tej samej kanapie…

Przepraszam, Babciu, na tej samej otomanie!

Żyję z moimi przodkami codziennie, za pan brat, krew z krwi i cegła w cegłę żoliborską. A, mimo to, jak co jakiś czas, pokaże się coś, czego nigdy nie widziałam: deska, od pięćdziesięciu lat pokryta linoleum, po której, oczywiście, kilka razy dziennie chodziłam albo, jak tym razem, przy okazji kładzenia nowych kabli, kawałek farby w moim pokoju, to podchodzę i delikatnie dotykam kawałeczka własnej historii. Trochę się tego wstydzę, dlatego, że to głupi sentymentalizm, a trochę dlatego, że ich podglądam, dotykam ich życia, niszczę coś, co oni zbudowali, wściubiam nos w nie swoje sprawy.

Dzisiaj przywitałam się z farbą w moim pokoju. W dziwnym ciemnomorelowym kolorze. Jutro zniknie skuta pod nowe kable zasilające. Bo poza romantyczną historią panien i wdów, mieszkam z osiemdziesięcioletnią instalacją elektryczną, przewidzianą na zasilanie lamp sufitowych (jedna żarówka, 40 W, to już jakieś szaleństwo) i jednej lampki przy łóżku lub na biurku. Obecnie te gniazdka, wymienione z pojedynczych na podwójne, po podłączaniu dwóch szyn i kilku rozgałęziaczy wyglądają, jak ilustracja filmu szkoleniowego na temat bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Do tego wszystkiego podpinane są przez rozszalałych zstępnych, takie ilości urządzeń elektronicznych, że prawdopodobnie dziennie zużywamy tyle prądu, co antenaci w rok.

A teraz, zanim zamienimy siedzibę rodową w malownicze zgliszcza, położymy nowe kable, że tak użyję pluralis maiestatis licząc na to , że AJS mojego bloga nie czyta, twierdząc, że jego potrzeby kontraktu w moją zawiłą erystyką zaspokaja kontaktami z oryginałem i jakby jeszcze czytał, to miałby nadmiar.

Potęga PESELu

Na Żoliborzu odkopano bunkier. To, że bunkry tam są wiedzieliśmy siedząc na okolicznych górkach porośniętych trawą, podczas, nazwijmy to oględnie, przerw w nauczaniu. Bunkier znajduje się nieopodal mojego liceum. Postanowiliśmy zwiedzić.

Okazało się, że bunkier i owszem, wystawa dowiezionych z Rembertowa przerdzewiałych elementów nawet dość bogata, tyle, że panowie, sądząc z sortu mundurowego, przebrani za potomków powstańców warszawskich z Mỹ Lai oznajmiali, że wchodzić nie wolno, bo gmina nie pozwoliła wpuszczać. Niebezpiecznie. Phi. Zajrzałam. Czysto i dużo miejsca. Znaczy relatywnie jak na bunkier dużo.

— Zagaduj pana — poleciłam własnemu dziecku.
— A pan pożyczy, tę latarkę, zaraz wracam — rzuciłam w zamierzeniu wyniośle, ale trudno być wyniosłą hrabianką siedząc na czworaka w bunkrze.

Pan zachichotał, podał latarkę i oddał się konwersacji na temat pogody i komarów z Byśkiem. Obserwujący zajście pozostali chętni w wieku od dziesięciu do stu lat popatrzyli na mnie z nienawiścią. Metody „na bezczela” najwyraźniej nikt nie próbował. Wlazłam, obejrzałam, wylazłam, otrzepałam porcięta. Zdjęć nie zrobiłam, bo kilka bunkrów w życiu widziałam, a cierpliwości panów wolałam nie nadużywać. Chwila grozy była, bo wejść było łatwiej niż wyjść, ale ktoś życzliwy zostawił w wejściu wiadro, a ja na szczęście pamiętam na czym polega technika łojenia kominów tzw. zapieraczką.

Nowy, wypasiony rower Byśka właśnie wtedy uznał za stosowne mieć rozregulowaną przerzutkę (o tym za chwilę, to jedna z tych 30 notek czekających na lepsze jutro). A ja śrubokręt w kieszeni, którym usiłowałam tę przerzutkę naprawić, mieląc w ustach słowa nieparlamentarne. Pan strażnik bunkra z kolegą, przez chwilę obserwował, jak siedzę i dłubię, a dziecko trzyma pokornie rower i rozmarzonym głosem rzucił do kolegi:
— To jest kobita… do bunkra wejdzie, rower naprawi…
Popatrzyłam na panów umiarkowanie życzliwie, powstrzymałam się od uwag, jakich części ciała używa się do obu czynności i dlaczego dymorfizm płciowy nie ma tu za dużego znaczenia i chłodno powiadomiłam:
— Ale za to gotować mi trzeba!
Nie wiem, czy mój prosty i logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy panów przekonał, ale nie dociekali.

Poza kilkoma przerdzewiałymi artefaktami świadczącymi, że faktycznie bunkier był bunkrem znaleziono tam większą ilość zabytków z czasów kolonialnych, w tym butelki po spirytusie salicylowym, wodzie brzozowej i wodzie kolońskiej „Przemysławka”, a także po mniej wyrafinowanych alkoholach. To by się z grubsza zgadzało z moimi wspomnieniami z czasów licealnych i tłumaczyło, dlaczego, jako dobrze ułożona panienka, ograniczałam się do siedzenia po turecku na trawiastej górce i nie przejawiałam chęci eksplorowania wnętrza.

W ramach weekendu z rodziną następnego dnia powlokłam się na zwiedzanie ośrodka w Wildze reklamowanego jako była kwatera kontrwywiadu. Ośrodek, jak ośrodek. Ani przesadnie zrujnowany, ani malowniczo zarośnięty, za to pachnący Funduszem Wczasów Pracowniczych i wyjazdami na wakacje z matką. Kilka zdjęć dało się zrobić, chociaż po kontrwywiadzie zostały porzucone buty od biegówek i instrukcje BHP pracy na stanowisku komputerowym z drukarką.

Wilga – była kwatera kontrwywiadu

Trzech czujnych ochroniarzy nie spuszczało nas z oka. Tyle, że na dużym terenie z dużą ilością pootwieranych drzwi, nie jest łatwo upilnować pięćdziesięciu osób. Tak też eksplorując, całkowitym przypadkiem, znaleźliśmy właz na dach. Dach, jak dach. Pstryk, pstryk, atrakcyjność — średnia. Schodzimy. Przy drabinie czekał gniewny ochroniarz, jak się potem okazało, w niewybrednych słowach informujący o niedopuszczalności popełnionego czynu. Znaczy informował wszystkich, a na tandem „matka z dzieckiem na dachu” jedynie popatrzył.

I wtedy do mnie dotarło, że otrzymałam pewnego rodzaju immunitet. W swojej kategorii wiekowej muszę stanowić jakiś ewenement, na tyle wyrazisty, że wiele rzeczy, za które dziesięć lat temu oberwałabym równo, teraz uchodzi mi całkowitym płazem.
Dziesięć lat temu właziliśmy z Byśkiem w różne dziwne miejsca i też nam to uchodziło, bo „taki mały, a taki dzielny”. Teraz mały nieco urósł, ale za to ma matkę, która jest „taka stara, a taka dzielna” i planuje perfidnie korzystać z nieoczekiwanych punktów za wiek. Co więcej, nimb jaki emituję z siwych włosów promieniuje na moje najbliższe otoczenie, w tym tego biednego młodzianka, który jest na tyle dobry, żeby schorowaną mamusię w ekstraordynaryjne miejsca zabierać. (Ha ha.)

Wiek odbiera wiele rzeczy, nie miejcie złudzeń. Do wielu nowych trzeba się przyzwyczaić, z wielu zrezygnować albo przeprofilować podejście. Można do tego podchodzić z pogodną rezygnacją, można się buntować, ale za wiele się nie zwojuje. Biologia jest nieubłagana. Tyle dobrego, że został mi przynajmniej lans na obłąkaną staruszkę i kilka tych miejsc, których jeszcze nie znamy.

Fajnie jest móc

Nawet powoli, z przelotowym czasem równie imponującym, jak szybszy marsz. Pocieszam się tym, że naprawdę lubię siedzieć w trawie, patrząc na beskidzkie bałuchy.

Tyle, że nieważne, czy te 20 km dziennie przechodzę uwieszona, z wywieszonym językiem, na rowerze, czy przejeżdżam po asfalcie. Ważne jest, że od wielu lat nie udało mi się wyjechać na rower z poczuciem, że to był sensowny pomysł, bo dałam radę pojeździć, a nie tylko przewiozłam rower na tyle samochodu.

Oficjalna wersja jest taka, że jestem dobrze leczona, a mój sfochowany organizm dobrze reaguje na aplikowaną chemię. Ale ja i tak mam wrażenie, że się po prostu uparłam i nie dam się zakopać za wcześnie.

Mogę stwierdzić z absolutną pewnością, to, że nic tak dobrze człowiekowi nie robi jak dobre zmęczenie.
I może jednak kupić sobie lepszy rower…?

Wojna wszystkich ze wszystkimi

Nie wiem czemu zawdzięczam niechęć do komunikacji zbiorowej. Może matce która mnie jako podlotka ostrzegała przed grasującymi tam tłumami zboczeńców, może wielkopańskim (haha) manierom, a może trzeźwemu osądowi. Prawdą jest, że nie lubię, irytuje mnie i wprowadza niepokój w moje uporządkowane (haha) życie. Prawdą jest też, że odkąd pamiętam unikam zbiorkomu, podejmując rozpaczliwe, acz, co stwierdzam po latach, dość udane próby.

Wszystkie szkoły miałam w zasięgu spaceru, czasem dłuższego. Latem potrafiłam do szkoły jeździć rowerem, co w latach ’70 i ’80 było równie zdumiewające, jak to, że zamiast z tornistrem, chodziłam do szkoły z plecakiem. Z plecakiem i rowerem, to się na wycieczkę jechało, a nie do szkoły. I o ile rowerem jeździłam tylko latem i już w liceum, więc nie wzbudził specjalnych sensacji, tak plecak powodował uwagi, szyderstwa, a nawet rozmowy z nauczycielami. Wybroniłam się dość inteligentnie, że mam krzywy kręgosłup, a tornistrów, to akurat nie ma. W co akurat każdy bez wysiłku uwierzył, go czasy były takie, że ocet etc.

Skutek moich uników na widok komunikacji miejskiej jest taki, że w warszawskiej wielkiej wojnie wszystkich ze wszystkimi stoję dokładnie na środku i tłuką mnie ze wszystkich stron, bo jeżdżę rowerem, skuterem, samochodem osobowym i dostawczakiem. Niech będzie, że kamperem, nie dostawczakiem, ale zajmuje miejsce jak dostawczak, parkuje się jak dostawczak, szoferkę ma jak dostawczak, więc na potrzeby porównania może być dostawczakiem. A to wszystko w jednym pysznym prawie jazdy kategorii B. Możecie nie sięgać po telefony i nie dzwonić do drogówki — wszystko zgodnie z przepisami. Skuter ma 50 cm^3 a dostawczak nie waży trzech i pół tony.

W tym roku mija (a moze już minęła?) czterdziesta rocznica jak jeżdżę rowerem. Trochę to przerażające, bo świetnie pamiętam jak jechałam moim pierwszym rowerkiem marki Tyler, z wygiętą niczym w Harleyu kierownicą, pierwszy raz po mojej ulicy. Tylerem jeździłam zresztą długo, a do rodzinnych opowieści przeszłam jako rozczochrany kilkulatek z pluszowym niedźwiedziem w niemowlęcym sweterku przytroczonym paskami do kierownicy. Niedźwiedź nazywał się Bubcio.
Zaliczyłam potem krótki i raczej nieudany romans ze składakiem Flaming i przesiadłam się na pożyczoną kolarkę, która otworzyła przede mną szalone możliwości sprawnego i szybkiego przemieszczania się.

Komunikacją miejską jeździłam umiarkowanie regularnie do czasu studiów. A to jakieś kursy około maturalne, a tu wypad na angielski do Metodystów. Nic na stałe. Moim ulubionym miejscem był wtedy drugi wagon tramwaju, gdzie można było spokojnie przycupnąć w nieczynnej kabinie motorniczego i było to jedyne miejsce, którego nie trzeba było ustępować. Z ustępowaniem miejsca zresztą problemu nie miałam do czasu. Ostatnio poproszona o ustąpienie miejsca rozejrzałam się po pojeździe i powiedziałam do niewiele starszej ode mnie kobiety „Czy nie może sobie pani znaleźć kogoś młodszego?”. Ale po zastanowieniu nawet ją rozumiem, bo przecież nikt w poważnym wieku nie stuka w szklaną szybkę podczas jazdy ani nie czyta książki na kalkulatorze.

Na pierwszym roku studiów musiałam na uczelnię jeździć z przesiadkami, albo spacerować. W komunikacji tłok, trzeba swoje wystać. Spacery i stanie to dwie relatywnie najmniej lubiane formy aktywności. Może wynika to z faktu, że moja lewa noga, w wyniku wypadków losowych, jest raczej podporowa. Autobusy tradycyjnie spóźniały się, były zatłoczone i wypełnione umiarkowanie przyjaźnie nastawioną do mnie ludzkością.
Postanowiłam zacząć tą pożyczoną kolarką jeździć na wykłady. Tradycyjnie wywołałam sensację, ale też znalazłam kilku naśladowców. Rowerem jeździłam do czasu aż zaszłam w ciążę i ukradli mi rower. Bez związku przyczynowo skutkowego, ale udało mi się jeszcze w czwartym miesiącu ciąży przelecieć przez kierownicę[1]. A potem były pilniejsze wydatki niż rower.

Równolegle od siedemnastego roku życia jeżdżę samochodem. Własnym, cudzym, każdym. Lubię. Wolę prowadzić samochód niż pić alkohol, dzięki czemu mając w rodzinie jedynie maluchy nauczyłam się prowadzić wszystko, bo wielkodusznie oferowałam odwiezienie właścicieli ich własnymi samochodami, gdzie życzą. Zazwyczaj życzyli.
Kilka lat temu odziedziczyłam trzydziestoletniego kampera i ktoś musiał go odpalić i przyprowadzić pod dom. Zamiłowaniu moich kolegów do alkoholu zawdzięczam to, że wsiadłam i pojechałam.

W zeszłym roku, trochę zanim w Warszawie zawalił się tunel, kupiłam skuter dzięki czemu o ile temperatura o poranku jest powyżej siedmiu stopni [2] — nie jadę samochodem do pracy. Z ostatnich obliczeń wyszło mi, że oszczędzam na tym skuterze co najmniej godzinę dziennie, a jak się trafi rocznica powstania w getcie, długi weekend albo mecz na Łazienkowskiej, to i więcej. Że o kosztach paliwa nie wspomnę.

I tak patrząc z dwóch foteli i dwóch siodełek, jeżdżąc po najbardziej zakorkowanym mieście, po zaliczeniu kilkunastu krajów europejskich (licząc w tym te bździny jak Monako, Andora czy Liechtenstein) i po przejechaniu wielu tysięcy kilometrów, zastanawiam się dlaczego rowerzyści i skuterzyści nienawidzą blachosmrodów, czemu blachosmrody nienawidzą rowerzystów i jednośladów, rowerzyści ze skuterzystami patrzą na siebie nawzajem z pewną pogardą, a piesi, jak już przestaną się bać wszystkiego co ma koła, to ich nienawidzą.

Czy nie moglibyśmy nienawidzić debili niezależnie czym jeżdżą? Jedną z podstawowych zasad o której pamiętam będąc użytkownikiem drogi, szczególnie publicznej, jest głębokie przeświadczenie, że wszyscy chcą mnie zabić. I nie od masy pojazdu zależy czy im się to uda, ale od moich zdolności przewidywania, gdzie czai się wróg. Prawidłowa odpowiedź — wszędzie.

I zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie rowerzyści to kretyni, nie motocykliści to kretyni i nie kierowcy. To nasze kochane społeczeństwo, które nastawione jest na walkę o przetrwanie i nie umie zachowywać się tak, żeby nawet nie tyle ułatwiać bliźnim, ale przynajmniej im nie utrudniać.

Nie umiem ocenić czym czuję się najbardziej. Kombatancko, od serca chyba najbardziej rowerzystą. Jeśli chodzi o ilość przejechanych kilometrów, to zdecydowanie kierowcą, a gorliwość neofity mam na skuterze. Umiem za to ocenić, że za każdą kierownicą siedzą zarówno ludzie jak i taborety.
Więc jak jeszcze raz gdzieś przeczytam, że źli są piesi/rowerzyści/motocykliści/kierowcy to nie ręczę za siebie i kogoś przejadę. A najlepiej któreś z moich wcieleń zamachnie się na pozostałe i wtedy wiarygodnie będę mogła ocenić, kto wygrał.

[1] Osobom oburzonym napiszę w tym miejscu to samo, co powiedziałam wtedy lekarzowi: gdyby to było takie proste, to nie byłoby problemu z ustawą antyaborcyjną, tylko popyt na rowery. Było to rok z kawałkiem po wejściu w życie ustawy o planowaniu rodziny, czyli tzw. kompromisu aborcyjnego, więc wszyscy mieli w miarę na świeżo. A ta ciąża z którą leciałam aktualnie zdaje maturę. Acz na wszelki wypadek — nie polecam.
[2] Sprawdzone empirycznie. Jak z tą trawą, której się można złapać wspinając. Musi to być siedem źdźbeł, ponieważ sześć nie utrzyma, a osiem nie mieści się w dłoni.

Z pamiętnika okularnika

Szłam dzisiaj przez firmę bez okularów, bo jechałam w przeciwsłonecznych i kontrast mnie zaskoczył. Normalne okulary miałam w torbie pod stertą rzeczy i dokopanie się do nich w normalnych warunkach oświetleniowych bywa problematyczne. Czarny futerał w czarnej torbie, wśród czarnych rzeczy, przykryty czarną marynarką. Nietrywialne. A co dopiero po przejechaniu skuterem dziesięciu kilometrów pod słońce.

Udało mi się bez strat w ludziach przejść przez stołówkę. Nawet nie potknęłam się na schodach. Zaczęłam być z siebie dumna, acz było mi nieco nieswojo.
Dotarłam do biurka i tamże stwierdziłam, że coś jest dalece nie w porządku. Przyoblekając normalne okulary zastanowiłam się, czemu mam poczucie, że zrobiłam coś niestosownego i szaleńczo odważnego.

Otóż idąc przez miejsce publiczne bez okularów miałam wrażenie, że idę niekompletnie ubrana. A wręcz rozebrana…
Pogłaskałam mojego wewnętrznego psa Pawłowa, bez specjalnych nadziei, że po tylu latach stworzenie załapie, że bez okularów można robić coś poza kąpielą i spaniem.