Odszczekuję, że nie ma różnicy, czy się kupuje kosmetyki za 10 zł czy za 1000. Odszczekuję pod stołem. Dałam się namówić na warsztaty makijażowe w Firmie. Pominę dyskretnie nazwę. Będzie śmiesznie, mówili. Nauczysz się wiele, mówili. Przekonasz się do makijażu, mówili. To poszłam. Że jestem durna, już nie mówili.
Nauczyłam się niewiele, bo warsztaty były adresowane do przekonanych. Sztuka polegała na tym, żeby poranny makijaż, który wszystkie robimy sobie do pracy (erm…) zajmował nie czterdzieści minut (eerm…???), ale dwadzieścia, a po nabraniu wprawy — dziesięć. To jest te dziesięć minut, które ma mi zostać odebrane z porannej drzemki. Nie. Takie krótkie, kategoryczne NIE. No, ale są w moim życiu sytuacje, kiedy ucharakteryzować się muszę, malachitową zieleń karnacji pokryć jakimś barwnikiem. To siedziałam, czując się, jak piąta kolumna nieumalowanych i słuchałam.
Wysłuchałam wykładu o tym z jakich cudownych substancji produkowane są kosmetyki, które będę miała okazję wypróbować. Jedno mnie zaintrygowało, a mianowicie fakt, że kremy przeciwzmarszczkowe produkowane są w oparciu o badania nad leczeniem blizn. To mnie zainspirowało, że zamiast kremu przeciwzmarszczkowego, należy kupić za jedną dziesiątą kwoty krem na leczenie blizn w najbliższej aptece. Polecam Contratubex. Nie śmierdzi cebulą.
Wykład był arcydziełem marketingowego bullshitu, połączonego z wiarą w jakiekolwiek możliwości redukcji zmarszczek i poprawiania kondycji skóry poprzez wcieranie substancji za grube dublony. Nie dałam się nabrać, acz była to ciekawa obserwacja.
Poirytowałam się nieco podczas zajęć praktycznych, bo panie szkolące założyły, że ja wiem jaką „paletę” reprezentuję i kazały sobie wybrać cienie. Odparłam natrętne skojarzenie z krainą Mordor, gdzie zaległy cienie. Na podstawie gamy kolorystycznej. Poprosiłam o radę na podstawie tego jak wyglądam, odmówiłam skorzystania z paletki w intensywnych fioletach, co ugruntowało moje zdanie, że Panie z Firmy nie patrzą kto koło nich stoi i jak jest ubrany, tylko cisną cokolwiek. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, nie miałam na sobie nic z czym konweniowałby jadowity fiolet. Nic.
Podczas testów wytrzymałam okrzyki „och, jak moja skóra oddycha! och, jak ona to pije!”. No, ja jestem profanem, pije jak pije, ale jak kupiłam za 9,90 krem Nivea w sklepie wielobranżowym w Istebnej, to odczucia miałam podobne. Jak się czymkolwiek posmaruje gębę spierzchniętą albo wysuszoną, to przynosi ulgę. Niezależnie czy to jest krem Nivea, olej kokosowy spożywczy, czy krem Firmy.
Zamalowanie worków pod oczami to zawsze krok w stronę wiecznej młodości i urody. Ale osobiście nie widzę różnicy między serum A, a serum B, które kazano mi nakładać w odpowiednich interwałach. Nie widzę sensu w wykorzystywaniu piętnastu pędzelków, kiedy od biedy wystarczy jeden. W życiu nie szczotkowałam rzęs przy pomocy specjalnego narzędzia, nie mylić z tuszem do rzęs, na takiej szczoteczce. Najpierw się szczotkuje narzędziem, potem maże szczoteczką. No, nie wiem jak wy, ale ja tam nigdy kołtunów na rzęsach nie miałam.
Paletę kolorów dobrałam w końcu jakoś do moich dżinsów i ulubionych kolorów (yyy, szary i szary?). Kazano mi powiekę w trzech miejscach pomalować trzema kolorami. Przyznam, że położenie jednego koloru nierównomiernie, zapewne dałoby identyczny efekt. Zwłaszcza, że oczy mam osadzone tak, że i tak tego makijażu widać nie będzie, a to, co by było, zapewne zasłonię okularami.
Do tej pory było w zasadzie z górki, mimo, że efekt nie odbiegał od tego, co, mimo ewidentnych braków kompetencyjnych, jestem w stanie uzyskać we własnej łazience przy pomocy przeterminowanego Avonu, który mam w szufladzie. Aż pojawiła się granica moich możliwości. Granicą okazało się namalowanie kreski na oku. Otóż, jak sądzę, leworęczny przedszkolak, zrobiłby to lepiej. Wyszło krzywo, asymetrycznie i nie było dobrze. Nie wracajmy do tego.
A na koniec, już uśliczniona, dostałam próbki. W domu uczciwie usiłowałam je stosować, badając czy aby zmarszczki mi się zmniejszą (nie zrobiły tego), a może skóra nabierze świeżości i blasku (nie nabrała). Za to do jednego tylko się przekonałam. Rzeczywiście kosmetyki za dużo złotych, różnią się od tych tańszych. Otóż uczulenia których dostaję po tych tańszych schodzą mi po tygodniu traktowania nieco droższym kremem do skóry atopowej, a to którego dostałam po próbkach Firmy zeszło mi po trzech tygodniach i maści ze sterydami. Pozwolę sobie więcej nie ryzykować nauki makijażu, bo może i jestem zaniedbana i niemalowana, ale za to nie jestem kostropata.
I tak oto straciłam bezpowrotnie okazję zostania Wpływową Blogerką oraz czerpania Gratisów. Ale czegoś się jednak nauczyłam. Głównie o sobie, ale zawsze.
Tak, mam zdjęcia. Nie, nie pokażę.









