Cinquecento, nowe

– Quaranta, cinquantanove – mówi pani w kasie włoskiego supermarketu, który tak nawiasem mówiąc bije o kilka długości francuskie supermarkety, bo serio nawet serów Włosi mają więcej, że o owocach nie wspomnę; i o jogurtach.

AJS strapiony daje kolejną 50, gdyż tym razem jest on nosicielem gotówki.

– Kwarantanna, cinkłanta – mamroczę z pewną irytacją, bo z liczebnikami, to ja mam problem nawet w ojczystym języku, a w obcych to się regularnie zawieszam. Dyskalkulia leksykalna to surowa pani, z grubsza polega na tym, że jestem w miarę ścisła, dość dobrze liczę i radzę sobie z cyframi, dopoki nie są SŁOWAMI. Słowo pięć i pięćset brzmi tak samo i nie niesie za wiele treści. Long story.

Gmyram więc w moniakach, szamocząc się z własnym mózgiem i kumam, że coś było z piątką, matka w końcu kilka lat Cinquecento jeździła.

Wyciągam pięćdziesiąt centów i z dumą wręczam pani.

– Nove – mówi pani. Patrzy na mnie z litością, puka w terminal, pokazuje kwotę i powtarza drukowanymi literami – NO-VE!

– No, wiem wiem, nowe ma być! – mamroczę do siebie i wydłubuję dziesieciocentówkę. – PROSZĘ! TO JEST PRAWIE NOWE!

Niestety pani we włoskim supermarkecie całkowicie nie skumała mojego finezyjnego dowcipu i tego dlaczego spłakaliśmy się z AJSem nad koszem zakupów.