Being sowa is the full time job

Pojechałam na narty. Ze stoku schodzimy koło 16, ciemno robi się koło 18, bo przed zmianą czasu. Jedzenie i życie towarzyskie we własnym gronie zajmuje nam ze dwie godziny, a poza tym w śpiworach jest najcieplej. Efekt tego taki, że zasypiamy najdalej o 21. No, niech będzie 22.

Wydawało mi się, że nawet ja, sowa z dyplomem „nigdy w życiu nie wstałam z własnej woli przed 10” powinnam przynajmniej bez bólu istnienia wstać o siódmej. To uczciwe dziesięć godzin w ciepłym śpiworze! Żebym z własnej woli się obudziła, to nie podejrzewam, ale może przynajmniej wstanę. A tu niespodzianka. Owszem, jest mnie łatwiej obudzić. Ale sypiam po te dziesięć godzin i wcale nie uważam poranków za wspaniałe. Wstaję z bólem, budzę się dwie godziny i wcale mi się taki tryb życia nie podoba.

Całkiem co innego przespać te dziesięć godzin od 2 w nocy do południa! W sumie do południa zadziała nawet 7 godzin, wystartowane nad ranem.
I niech mi nikt nie tłumaczy, że się przywzyczaję. Przyzwyczajałam się przez dwanaście lat edukacji szkolnej, kilkadziesiąt (JUŻ!) lat pracy zawodowej, kiedy musiałam w pracy być raczej wcześnie. Teraz mogę być raczej później i z przyjemnością z tego korzystam. Nie, nie polubiłam wstawania o 7 rano. Po latach ćwiczeń zamieniłam południe na 9 i w takim trybie mogę funkcjonować. Na wyjazdach też.

A poza tym w kamperze budzi się przyjemniej ze słońcem za oknem…

Buraczki

Co trzeba mieć umieszczone jako zwieńczenie kręgosłupa, żeby kamperem wielkości sporego autobusu, takim wartym na oko z 600 tysięcy, a wynajmowanym za minimum 1000 zł dziennie, przyjechać na malutki, darmowy, bieda parking koło wyciągu?

Mam kryzys trzeciego dnia, kryzys wieku średniego, wygrzmociłam się sześć razy, trzy razy znokautowałam człowieka, w tym dwa razy Aleksandra, mam obitą rękę i do tego napierdala mi 50 hertzów.

Co trzeba mieć umieszczone jako zwieńczenie kręgosłupa, żeby kamperem wielkości sporego autobusu, takim wartym na oko z 600 tysięcy, a wynajmowanym za minimum 1000 zł dziennie, przyjechać na malutki, darmowy, bieda parking koło wyciągu?
I do tego odpalić generator prądu,  żeby pooglądać telewizję satelitarną?

Rozważamy jakąś wyrafinowaną zemstę, mamy toaletę turystyczną,  tylko poważne oferty. Serio jeżdżę kamperem już kilka lat, za chwilę będzie dziesięć, byłam w kilku, jak nie kilkunastu krajach, ale takiego buraka jeszcze nie widziałam…

JA nie mam co na siebie włożyć?

Zrozumiałam koszmar prawdziwej kobiety, która nie ma co na siebie włożyć. Otóż stanęłam dzisiaj w obliczu szafy z odzieżą zawierającą odzież termiczną, powerstrech, trzy polarki w różnych kolorach, dwa softshelle, dwie pary spodni narciarskich — ciepłe i cienkie, kurtkę narciarską, goretex, kamizelkę i sweter puchowy… I myślałam, że oszaleję. Naprawdę, nie miałam co na siebie włożyć!
Przebrałam się trzy razy, oczywiście spodnie założyłam za grube, bluzę za cienką, a zamiast kurtki powinnam była zabrać jednak goretex.
Cudem jakimś w końcu zostałam w bluzkę w której kieszeni miałam tygodniowy karnet na wszystkie trasy w Dolomitach, bo przekladalam go ze cztery razy i tylko czystym przypadkiem trafiłam.

Po drobnym ataku furii pod wyciągiem, bo dla odmiany okazało się, że nie zabrałam telefonu, a portfel z braku kieszeni musiałam oddać do plecaka,  co wzbudziło mój dodatkowy niepokój.

No i kije. Jednak dobrze, że wzięłam teleskopowe, po od dawna wiadomo, że dobrze jeżdżę wyłącznie wtedy, jak mi się kije zabierze. Dobry carving nie jest zły, chociaż już wyszedł z mody.

Przy okazji postanowiłam sobie już nigdy, przenigdy nie skusić się na żadne okazyjne wyprzedaże ciuchów technicznych, górsko-narciarsko-trekkingowych. Obiecuję też zaprzestać lektury facebookowej giełdy wspinaczkowej.

Jak miałam jedne,  portki z demobilu, jeden polar, jedne spodnie narciarskie, chińskie kalesony i góralski sweter, było jakoś prościej…

image