Fajnie jest móc

Nawet powoli, z przelotowym czasem równie imponującym, jak szybszy marsz. Pocieszam się tym, że naprawdę lubię siedzieć w trawie, patrząc na beskidzkie bałuchy.

Tyle, że nieważne, czy te 20 km dziennie przechodzę uwieszona, z wywieszonym językiem, na rowerze, czy przejeżdżam po asfalcie. Ważne jest, że od wielu lat nie udało mi się wyjechać na rower z poczuciem, że to był sensowny pomysł, bo dałam radę pojeździć, a nie tylko przewiozłam rower na tyle samochodu.

Oficjalna wersja jest taka, że jestem dobrze leczona, a mój sfochowany organizm dobrze reaguje na aplikowaną chemię. Ale ja i tak mam wrażenie, że się po prostu uparłam i nie dam się zakopać za wcześnie.

Mogę stwierdzić z absolutną pewnością, to, że nic tak dobrze człowiekowi nie robi jak dobre zmęczenie.
I może jednak kupić sobie lepszy rower…?

Różne rocznice…

Jutro mija pięć lat jak mnie neurologia znienacka kopnęła w zadek. Ze zdrowej, sprawnej, prawie czterdziestki zamieniłam się w, delikatnie rzecz ujmując, w zgrzybiałą staruszkę kątem oka zerkającą na księżą oborę.
Nic dziwnego. Stwardnienie rozsiane (Sclerosis multiplex, nie mów przy mnie SM na social media) kojarzy się z robiącymi pod siebie ludźmi na wózku. Mnie się też tak kojarzyło.
W dużym skrócie moje leukocyty T atakują osłonki nerwów i szlag trafia przewodzenie. W czarnym scenariuszu przestaje się chodzić, mieć władzę w rękach. Wyleczyć się nie da, mielina się nie odbudowuje. Jeśli się wcześnie zainterweniuje, można lekami powstrzymać postęp choroby. Jak się ma szczęście w nieszczęściu, to choroba postępuje wolno, a leki działają.

Od tego czasu przeszłam chyba wszystkie etapy godzenia się z nieuleczalną chorobą. Najpierw postanowiłam się nie zgodzić i obraziłam na lekarza, który jako pierwszy postawił mi diagnozę. Potem lekko się załamałam, ale nie na długo, bo to było nudne. Następnym etapem było udawanie, że nic mi nie jest i ukrywanie się przed światem, pracą, znajomymi. Trochę nie wyszło, bo albo kulałam, albo ślepłam, albo głuchłam. Gdzieś w tak zwanym międzyczasie byłam wkurzona na los, świat i zdrowych ludzi, którzy bardziej niż ja zasłużyli na manto od karmy. Wtedy też przestałam wierzyć w karmę.
A na koniec machnęłam ręką, uznałam, że to nie syfilis, dokonałam kilku spektakularnych coming outów i, nie bez porażek, nauczyłam się z tym żyć.

Najgorsze było wysypianie się. Dość szybko zorientowałam się, że muszę być wyspana i wypoczęta. I wyspana nie znaczy już minimum cztery, że wyspana to znaczy co najmniej siedem, osiem godzin na dobę, bo w przeciwnym wypadku wyglądam jak okulałe zombie. Oraz niedowidzę. I nie wystarcza już zbiorcze odespanie raz w tygodniu, bo po dziesięciu godzinach snu dla odmiany wstaję połamana. Że praca powinna zajmować całego dnia i całkiem nieźle mi wychodzi jak rozpoczynam ją o ósmej rano, a kończę w przepisowych godzinach. Teraz połącz kropki. Praca od ósmej i osiem godzin snu daje w efekcie konieczność kładzenia się o godzinie, o której ostatnio kładłam się pod koniec podstawówki. Jestem-starym-człowiekiem. Całkiem nieźle robi mi też niedenerwowanie się. To jest moment, kiedy mój wewnętrzny troll umiera ze śmiechu. Nie denerwuj się mając nastoletnie dziecko w fazie burzy i naporu, pracę w mediach i paskudny charakter. Tego, przyznam, nie opanowałam, ale hoduję w ogrodzie melisę.

Stan rodzinny mi się nie zmienił, dziecko nie zaczęło mnie traktować inaczej, tylko dlatego, że od czasu do czasu, jak robię zdjęcia pełzając przy ziemi, drę się rozpaczliwie, żeby ktoś mi pomógł się spionizować. Duże jest, umie mnie podnieść.
AJS uznał, że z całego dobrodziejstwa inwentarza, jakie dostał wraz ze mną na wyposażeniu, to, że od czasu do czasu wyłącza mi się jakaś część ciała, nie jest wcale najgorsze. Tylko czy mógłby to być na przykład narząd mowy.

Nie nawróciłam się. W żadną stronę. Nie zaczęłam się modlić o zdrowie i tłumaczyć sobie, że kara boska i wszystko w rękach Pana, co jest powszechne i w sumie zrozumiałe. Historie spektakularnych nawróceń można poczytać na blogach osób chorych, nie tylko na SM.
Mnie takie ułatwienie nie było dane, nie mam na kogo zwalić winy, szukać pociechy i mieć nadziei na cudowne uleczenie. Ale też nie szukam bioenergoterapeuty, który oskrobaną korą i sproszkowanymi nogami pająka przywróci moim neuronom zdolność przewodzenia impulsów. Wierzę za to, że są leki, które moje leukocyty utemperują, że katowanie się pilatesem i ogólnie rozumianym utrzymywaniem organizmu w formie zrobię więcej niż homeopatią. No i zanim się rozsypię postanowiłam zrobić kilka głupich rzeczy.

Zdumiewającym zrządzeniem losu po wszystkich zrywach układu immunologicznego podnosiłam się do względnego pionu i patrząc obiektywnie jestem w lepszej kondycji niż większość ludzi w połowie piątego krzyżyka. Nie powiem, czerpię z tego przewrotne schadenfreude, szczególnie, że z tyłu liceum, z przodu muzeum. Też zabawne.

Zrobiłam też a priori założenie, że fajne rzeczy będę robić dopóki mogę. I dopóki mnie te aktywności nie rzucą. Obawiam się, że rzuciło mnie już chodzenie po górach, chociaż mam plan, żeby mnie chłopcy w tym roku do Pięciu Stawów zawlekli. Za to ciągle mogę jeździć rowerem i na nartach. I tego się trzymam. Podejrzewam, że jazda rowerem po Beskidach może mi nie wyjść ze względów kondycyjnych, ale po nizinach radę daję. Na nartach też ciągle jeżdżę szybko.

Mam szczęście. Powtarzam sobie, że mam fajniejsze życie, niż większość zdrowych. I nawet jeśli to nie jest prawda, to tej wersji będę się trzymała.
Można stwierdzić śmiało, że wyciągnęłam dłuższą zapałkę. Po pięciu latach niektórzy już siedzą na wózku. Nie wiem, czy to wynika z genotypu i zaprogramowanego przebiegu choroby, czy z tego, że od czterech lat non-stop walę interferonem mój system immunologiczny, czy z tego, że wbrew sobie pracuję nad sprawnością fizyczną, czy z ogólnego nastawienia, które nie pozwoliło mi, wbrew posiadanym zaświadczeniom, uznać się za osobę niepełnosprawną. A może i jedno, i drugie i trzecie.

Mam tylko nadzieję, że za kolejne pięć lat, podejdę do własnego biurka, wpakuję nogi na stół i własnymi palcami wklepię: jutro mija dziesięć lat jak mnie neurologia znienacka kopnęła w zadek.

Za każdym razem…

… kiedy idę na to cholerne pilates jestem z siebie dumna. A kiedy udaje mi się pójść na to nudziarstwo, nie raz, a trzy razy w tygodniu, mam wrażenie, że zwichnę sobie rękę od poklepywania się po ramieniu z zachwytu.

Ze wszystkich szkolnych lekcji najbardziej nienawidziłam WF-u. Szatni. Przebierania się.
I tak oto złośliwy los podarował mi w pakiecie konieczność trzymania się z formie większej niż średnia krajowa i potrzebę nieustającej rehabilitacji, do których nie wystarcza już jeżdżenie rowerem w miesiącach letnich i dwa tygodnie na nartach w miesiącach zimowych.
Dodatkowo ograniczenie aktywności fizycznej do ćwiczenia dwóch palców na myszy, a potem jeżdżenie na nartach, okazało się nie najlepszym pomysłem i skończyło się całkiem nowym więzadłem krzyżowym.

Moje nowe więzadło działa, wprawdzie działa trochę inaczej niż to stare, ale już się nawet do niego przyzwyczaiłam. Co gorsza poza nowym więzadłem mam też coś, co w dużym skrócie można określić jako Zespół Stresu Pourazowego, z którym walczę dzielnie. Już się prawie nie boję, bo wprawdzie ciągle jeżdżę w dwóch neoprenowych ortezach kolanowych, ale już mi się czasami udaje zjechać tak szybko jak kiedyś. Bo ZSP obejmuje lęk przed wywaleniem się i przed rozpędzeniem. Wiem, że to sprzeczne. Bezpieczniej jest się wywalić z dużą prędkością, bo wiązania się wypinają, a moje lewe kolano stało się cudzym lewym kolanem, zginającym się również na boki, własnie po spokojnym zjeździe z Czantorii. I po pozornie niewinnym upadku.

Postanowiłam sobie kiedyś nie pisać o stanie zdrowia. Nawet mnie to nudzi. Pewnie dlatego, że somę dostałam od dowcipnej Bozi dość fanaberyjną, wątłą i skłonną do zachowań ekstremalnych. Dodatkowo dostałam psyche będące nie tyle z wewnętrznym konflikcie, co w całkowitej czynnej opozycji do somy.
Tak więc po operacji w której zdemolowano mi staw skokowy postanowiłam zająć się wspinaniem, a po przeszczepie więzadeł krzyżowych upieram się, żeby jeździć na nartach, a po zdiagnozowaniu całkiem uczciwej choroby neurologicznej z upodobaniem zwiedzam opuszczone budynki grożące zawaleniem.

Kiedyś spiszę sobie to wszystko kiedyś w dokumencie jak-na-wrak-czlowieka-to-jestem-w-swietnej-formie.txt
Ale może to na emeryturze. Bo teraz jadę na narty.

Zima

Jest we mnie jakaś panika, obezwładniający lęk, że to ostatnia zima. Znajduję żałośnie głupim rozważanie, że może już za rok nie zapnę nart, że nie dam rady, że pozostanie, w najlepszym wypadku, picie kawy pod wyciągiem, czterokołowy rower z kierownicą z tyłu. Że nogi przestaną mnie słuchać, że to ostatni taki skręt. Jak zwykle za szybko, na wariata. Przełykam strach razem z niebieską tabletką. Kretyńskie poczucie ostateczności, determinizm zimowy. Dwutygodniowe złudzenie oszukania losu.

Śmieję się z tego głośniej niż powinnam. Słucham mojej rodziny, która ma uroczy w swojej bezpretensjonalności zwyczaj przypominania mi, że jestem ładna i głupia. I, że zawiozą mnie i zaniosą gdzie tylko będę chciała. Wierzę im i mam nadzieję, że jak najpóźniej powiem „sprawdzam”.

Męczy to, że za dobrze pamiętam ten czas, kiedy z trudem, z laską, dochodziłam do samochodu. Zbytnim optymizmem byłoby stwierdzenie, że to se ne vrati. Gdyż vrati, vrati, czeka, siedzi gdzieś za moimi plecami. Bomba atomowa w osłonkach mielinowych, przypudrowana interferonem. Z pełną pokorą uznaję jej wyższość. Żyjąc w miarę normalnie mam poczucie zaciągania kredytu w Providencie. Oddać będę musiała zapewne znacznie więcej i na pewno przyjdzie do mnie windykator.

Wiosna szczurów

Szpony Służby Zdrowia mnie oswobodziły, lewe oko już prawie odzyskałam, stereoskopia nie jest przereklamowana. Nocą szpital wydaje dźwięki jak pobierające krew maszyny obcych w „Wojnie Światów”. W dzień płaszczymy się przed wszechmocnym personelem. Na siłę, z odwagą straceńca stoisz przy kantorku, żeby pielęgniarce, która już ósmą minutę ignoruje twoją obecność, delikatnie przypominasz, że miałaś donieść ubezpieczenie, odebrać badanie, postawić słoiczek. Na odpowiedź poczekasz jeszcze kilka minut. Spojrzenia się nie doczekasz. Im niższy status personelu, tym bardziej czekasz, tym mniej uwagi ci się należy. Tym większa pogarda. Zaciskam zęby, jestem twardzielem, nie boję się, mam kręgosłup, płacę ZUS, nie schylę głowy, nie odejdę, wyczekam tutaj…

Zapach choroby, strachu, nieludzkości, z bardzo dalekim światem za oknem do którego nawet nie chcesz zaglądać, bo zanim go dotkniesz minie kilka cholernie długich dni. Relatywny upływ czasu.

A koło ciebie, za blisko, dużo za blisko, chrapiący, śmierdzący, nie myjący się, używający twojego papieru toaletowego, zajęci swoimi sprawami ludzie, którzy o godzinie dwudziestej wypijają słodzoną herbatkę, gaszą światło i śpią.
Z osłupieniem, patrzysz na człowieka, który przez trzy dni, od rana do wieczora nie przeczytał ani jednej litery, nie włączył telewizora. Człowiek, który trzy dni patrzy w biały, szpitalny sufit i dzwoni do męża, żeby pozyskać wiedzę, czy Misio zjadł rosołek i ubrał rajstopki.

Kiedyś myślałam, że rekordem jest czytanie Twojego Imperium, TeleTygodnia, oglądanie seriali na Polsacie. Ale to był pierwszy raz, kiedy na własne oczy widziałam człowieka, któremu podczas trzech dni, ani razu nie zderzyły się dwie komórki w mózgu. Myślałam, że w moim wieku miałam okazję spotkać już dowolne antypody krzywej Gaussa, dowolne dopełnienie do 200. A tutaj po raz pierwszy spotkałam nie krzywą Gaussa, nie ubogie życie wewnętrzne, spotkałam pustkę, życia brak i kompletną nicość…

Królestwo

A teraz, wiosenne zakupy w Leroyu zaliczone, kaktusy wielkości małego drzewa do ogrodu wyniesione, siewki kaktusiane wysiane. Znalazłam mój ulubiony sekator Fiskarsa. W zasadzie żywioł jest opanowany.
Jeśli pociągnę najbliższe dwa tygodnie, a szczególnie ten około świąteczny, można zimę uznać oficjalnie za zakończoną.

Dramatyczne podwyżki cen leków…

Doprowadza mnie do białej furii labidzenie biedactw, którym podwyższono ceny za leki z 3,20 do 26 zł. Niektórym nawet do 120 zł (ojezu, niemam, niemam!!!111 Laboga).
A ja chciałabym płacić za leki nawet 400 zł miesięcznie. Pewnie dałabym radę z pomocą najbliższej rodziny płacić nawet 1400. Niestety przyszło mi nieść na karku ekskluzywną chorobę wykształconych, białych kobiet z północy. Koszt leczenia — od 3500 zł miesięcznie w górę. Co wy, (…), wiecie o cenach leków?

Krajowy Konsultant ds. Neurologii udał się zapewne na narty, gdyż nie widziałam go walczącego o prawa swoich pacjentów, których nie stać na leczenie.
Całkiem niedawno uchwalono nowe zasady refundowania. Chorzy na stwardnienie rozsiane mało nie wyzdrowieli ze szczęścia klaszcząc w sztywne rączki, bo ustawodawcy zgodzili się (łaskawcy) na refundowanie leków osobom powyżej 40 roku życia. Do tej pory, jeśli przekroczyłeś czterdziestkę, to pozostawało ci zbierać 1% [1], prostytuować się (niezagospodarowany rynek wielbicieli paraplegików) albo czekać spokojnie na wózek (jest refundowany bez ograniczeń wiekowych) i rentę (to się państwu bardziej opłaca niż moje PKB).

Postanowili też wydłużyć czas refundacji z trzech do pięciu lat. Jak wiadomo stwardnienie jako nieuleczalna choroba ma szansę cofnąć się po dwóch latach. Mamy taką ilość polskich kandydatów na świętych, że mogli by się wreszcie zabrać do roboty z tymi cudami. Ułatwiłoby to procesy beatyfikacyjne, usprawniło służbę zdrowia i współpraca ze świętymi jest łatwiejsza niż z NFZem, a skuteczna porównywalnie. O tym, że w cywilizowanym świecie całkiem nieodległej Europy Zachodniej refundują leki „dopóki pomagają”, możemy zapomnieć albo zorganizować jakąś turystykę zdrowotno-matrymonialną.

Tak więc, walczmy o diabetyków, onkologicznych, osoby po transplantacjach. Są efektowni. Umierają. Cukrzyków jest w Polsce 120 razy więcej niż SMowców. To 120 razy więcej wyborców, do tego takich co mają mniejsze trudności z dostaniem się do urny. To, ze bez leczenia umiera się na jedno i drugie nie ma, jak widać, specjalnego znaczenia. Na SM, niestety, umiera się wolniej i w między czasie zalicza nieinwazyjny etap robienia pod siebie. Pampersy są refundowane.

Dla ciekawych małe podsumowanie cen leków:

Avonex – interferon beta 1a produkowany przez firmę Biogen , zaakceptowany w 1996 r.
Podaje się przez zastrzyki domięśniowe jeden raz w tygodniu. Z objawów ubocznych objawy grypo podobne u części przyjmujących. Rzadziej niedokrwistość i podwyższone enzymy wątrobowe. Koszt roczny 10.400 dolarów.

Betaseron – interferon beta 1 b wytwarzany przez firmę Berlex, zaakceptowany od 1993 r. Wstrzykiwanie co drugi dzień podskórnie.
Objawy uboczne grypo podobne występujące po jakimś czasie. Miejscowa reakcja u 5 %, rzadko podwyższone enzymy wątrobowe. Roczny koszt – 12.544 dolarów.

Copaxone – gratilameracetate zaakceptowany od 1996 r., produkowany przez firmę Teva. Wstrzykiwanie codziennie, podskórnie. Uboczne działanie – reakcja miejscowa i rzadko reakcja bezpośrednio po iniekcji występująca jako niepokój, ucisk w klatce piersiowej, krótki oddech i zaczerwienienie co trwa 15-30 min. i potem ustępuje.
Koszt – 11.280 dolarów rocznie.

Rebif – interferon beta 1 a produkowany przez Serono, zaakceptowany w 2002 r.
Podawanie – 3 x w tygodniu w iniekcji podskórnej. Działanie uboczne – objawy pseudogrypowe, objawy w miejscu wstrzyknięcia i rzadziej spotykane nieprawidłowości enzymów wątrobowych i czasami zmniejszenie liczby czerwonych i białych krwinek
Roczny koszt – 13.875 dolarów.

Powyższe leki nie leczą. SM się nie leczy, można tylko trzema metodami powstrzymywać postęp choroby. Pierwsza to powyższe leki, które negocjują z moimi limfocytami T pakt o nieagresji. Druga to sprawność fizyczna, tu szczęśliwie spadam z wysokiego konia, ale zawdzięczam to burzliwej młodości i własnej rodzinie, a nie NFZowi. A trzecia to pilnowanie własnej głowy, żeby nie uznać się za nieuleczalnie chorą kalekę, czyli aktywność zawodowa, normalne życie i nieużalanie się nad sobą. Trzecie jest tanie, ale chyba najtrudniejsze.

[1] Tak korzystając z okazji, jakby ktoś ma ochotę dołożyć mi do pampersa, to tutaj są dane do mojego 1%:
Numer KRS
0000083356

[pole dodatkowe]
Mam Szansę – Anna-Maria Siwińska

Osobom, które mnie poratowały w zeszłym roku — dziękuję. Trzymam się również dzięki Wam.