Wpisy

Bracia Słowianie

— Nie mam kajaka, samolotu, konika… — marudziłam za kierownicą, mijając samochody ciągnące bardzo dziwne rzeczy, tak dziwne, ze wypchany żywnością na cztery tygodnie kamper wydawał się zupełnie zwyczajny.
Mój niezawodny nos kazał mi zjechać z trasy, wjechać w ulicę wzdłuż nabrzeża, na której z trudem się zmieściłam, tylko po to, żeby nadłożyć 3 km, a na końcu trasy dojechać do bazy okrętów Bundesmarine. A potem znalazłam się w kraju z językiem, przy którym niemiecki wydał się znajomy i przyjazny. Dziwni Holendrzy mijający nas po drodze okazali się Duńczykami i rodzinapatologiczna znalazła się w kraju „Wszystko czerwone”. Przez Joannę Chmielewską Dania nigdy nie będzie normalna. A przez Hillerod przejechałam tak dla zasady.

Im dalej w las tym więcej drzew, co może nie jest prawdziwym zdaniem, jak się jedzie na daleką północ, gdzie rośnie głównie chrobotek reniferowy. Ale lingwistycznie Norwegia okazała się niesamowitą mieszaniną niemieckiego, angielskiego i holenderskiego. Szczęśliwie wszyscy poniżej pięćdziesiątego roku życia mówili po angielsku, a słysząc obcy język, nawet między sobą płynnie przechodzili na lingua franca. Mam podejrzenie, że jest to kwestia metod uczenia, niewydolności systemu szkolnego, a nie słowiańskiego matołectwa, bo nie wierzę, że potomkowie amatorów zgniłego dorsza są jacyś zdolniejsi niż potomkowie naszej husarii. Tyle, że dorsze po angielsku płynnie, a husaria w mniejszym stopniu.

Nie dawałam się lingwistycznie zaskakiwać. Dałam radę w Szwecji, Norwegii. Pokonała mnie dopiero Finlandia, gdzie musiałam panią zza kasy wywlec, żeby mi pokazała gdzie stoi mleko. I dobrze, że wywlekłam, bo złapałam się za jakiś kefir, a w kartony z płynem gapiłam się naprawdę długo.

Słowianie to bracia i chętnie podtrzymują kontakty. Z Czechami dogadywałam się bez problemu i z minimalną koniecznością sztukowania się angielskim. Schody zaczęły się, kiedy do naszej dzielnej załogi podszedł miły pan ze złotym zębem na froncie i zapytał:
— Wy gawaritie pa ruski?
— Niemnoszka! — odpowiedziałam radośnie, ponieważ znam luźno wybrane słowa, a do pozostałych doklejam rosyjskie końcówki i elegancko zaciągam z suwalska.
— Nas uczyli w szkole, jak my byli druzja! — poinformowałam gorliwie Rosjanina, nieco stropionego moją odmianą rosyjskiego.
Przytomny Petruchio, który najwyraźniej uważał na lekcjach i jakoś mu lepiej szło, przechwycił zagubiona ofiarę, nie pozwalając mi nacieszyć się umiejętnościami komunikacyjnymi, które najlepiej oddaje zdanie „pa paliach wrony łażut i kraczut”.
Udzielił panu wyczerpujących informacji na temat promów z Moskenses i sposobów płatności i prawie nie dopuścił mnie do głosu. Gdzie prawie jest kluczowe.
Rozstaliśmy się życzliwie i w przyjaźni, tylko Petruchio był jakiś nieswój i zadumany, patrzył na mnie bardziej krytycznie niż zwykle i, chyba pod wpływem mojej ogłuszającej elokwencji, zapytał:
— Ale dlaczego zapytałaś go czy ma kredytowy kartofelek?
Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie, wydawało mi się tylko, że kartoszka lepiej pasuje niż kartinka, i nie chciałam wyjść na głupka pytając człowieka o kredytowy obrazek.
No to mi faktycznie, świetnie wyszło.

Psychopaci i wrażliwcy

Mój wegetarianizm nie jest taki całkiem bez sensu*. Nigdy w życiu nie męczyłam żywego stworzenia, nie wyrywałam muchom skrzydełek, nie topiłam mrówek, nie obcinałam osom odwłoków. Kwestię dwunożnych hominidów pozostawię otwartą, bo tutaj chyba taka całkiem bez skazy nie jestem, bo zdarzyło się odwinąć w afekcie na odlew, co pozostawię wątkiem nierozwiniętym.
Tak więc dżinistą nie jestem, ale jedyne stworzenia, które świadomie uśmierciłam, to komary i pająki. I to też te mniejsze, bo większe łapię w szklankę i wynoszę. Raz w życiu przejechałam szczura. Więcej grzechów nie pamiętam, z zabijaniem nie jest u mnie najlepiej, bo wbrew pozorom wrażliwa i delikatna jestem. (Dobra, też się roześmiałam).
Jako osoba wrażliwa na miękkie futerka mruczących ssaków posiadam dwa koty. Koty są miłe. KOTY SĄ MIŁE. O ile nie jest się ptakiem albo gryzoniem, o czym co jakiś czas boleśnie się przekonuję. Zazwyczaj nocą albo o świcie.

Tym razem była noc. Głucha i burzliwa, południe kraju pod wodzą TVN24 ogłosiło Armaggedon, a za oknem przelatywały drobne przedmioty. Niestety nie przelatywały małe zwierzęta gospodarskie, bo te najpierw udały, że się boją burzy, potem udały na zewnątrz. A potem się zaczęło…
Pod fotelem w stołowym**, na dywanie zamiast kota znalazłam zmasakrowaną srokę. Sroka ptaszysko duże. Nie mam pomysłu jak moim ślicznym, domowym kotkom udało się w nocy, w wicher i deszcz, tę srokę złapać, solidnie wytarmosić i wnieść przez lufcik do domu. Ale im się udało.

Niestety sroka nie została wytarmoszona na śmierć i kiedy ją znalazłam dogorywała pod moim fotelem. W stołowym. I tu zaczął się problem, gdyż ptaszyna, jako żywo (a to naprawdę nie jest najlepsze określenie), robiła wrażenie, że skrócenie jej cierpień jest jedynym humanitarnym posunięciem, w sytuacji zastanej pod fotelem. Antenatka zaoferowała się do wyniesienia i zakopania sroki, ale martwej. Młody, wytypowany w funkcji płci do ostatecznego rozwiązania kwestii sroki pod fotelem dostał wyraźnego ataku paniczki i poinformował nas, że za późno, żeby teraz został psychopatą i odmawia. A ja się zaoferowałam, że jedyny sposób w jaki mogę cokolwiek życia pozbawić, to przejechanie samochodem, ale ktoś mi musi ofiarę pod koło włożyć. Chętnych nie było.
Uznaliśmy, że musimy zasięgnąć pomocy specjalisty. Wspólnym, niemałym wysiłkiem, zapakowaliśmy srokę w karton i z pojechaliśmy do najbliższej kliniki weterynaryjnej. Tam dowiedzieliśmy się, że azyl dla ptaków działa przy warszawskim ZOO, ale temu konkretnemu ptaku to raczej spokój wieczny i azyl u Pana naszego i ptasiego już pozostał. Pożyczyłam od młodego dychę, zapłaciłam 20 zł za skrócenie ptakowi cierpień i odjechałam w dżdżystą noc, pozostawiając panią weterynarz w lekkiej zadumie nad złożonością świata, który wydaje osoby niezdolne do wyrzucenia dogorywającej sroki na najbliższym trawniku.

W domu spektakularnie obraziłam się na koty, przysięgłam kupować im tańszą karmę i podziękowałam miłościwej Bogini, że psychopaty wprawdzie nie wychowałam, ale za to mam z kim w środku nocy jeździć do weterynarza i drobne kwoty pożyczać.

* Uprasza się o nie podejmowanie dyskusji na temat krzywdy, jaką ponoszą krowy w wyniku mojego picia mleka, bo wiem. Różnica jest ilościowa, a nie jakościowa.
* * Ach, gdzie te czasy kiedy antenatka wzdychała z oburzeniem „nie chcesz powiedzieć, że będziemy mieć teraz serwer w STOŁOWYM„. Teraz wifi z ruterka lata po całej chałupie.

Zaburzenia rytmu

Zaburzenia rytmu dobowego są uciązliwe. Doba ma mieć dzień i noc. Porę spania i pore działania. Mamy fotodepresje, zaburzenia funcjonowania, potrzebę doświetlania się.
Widać to na tych za kręgiem podbiegunowym — nie widomo co jest bardziej szkodliwe, noc polarna, czy polarny dzień.

I tak kolejną zimą przyszło mi do głowy, że jakiś powód tego, że połowa nowoczesnego społeczeństwa ma depresję, druga połowa się do tego nie przyznaje, a trzecia połowa jeszcze o tym nie wiem musi być jakieś zaburzenie bardziej globalne. I zaczęłam patrzeć co się dzieje dookoła.

Kultury łowieckie — pólnocne w lecie latają na foki, a zima siedzą w igloo chędożąc skosne małżonki, swoje i sąsiadów. Podobnie było w staropolszczyźnie — latem chodziło się na łów, a inni orać i żąć, a zimą siedzieli w chałupach, śpiewali pobożne pieśni, raz na czas wyszli siana dorzucić.
Generalnie rytm dobowy był zależny od pory roku i zmieniał się sinusoidalnie od największej aktywnosci latem, od świtu do zmierzchu, do praktycznego wygaszenia aktywnosci zimą. Trudno się z resztą dziwić, bo zwyczajnie było ciemno.
W krainach południowych wegetacja trwa cały rok. I południowcy, a szczególnie Afrykanie mają opinię „leniwych”. Włosi i Hiszpanie w czasie sjesty nie podniosą się nawet hajby było trzęsienie ziemi. Pracują cały rok, bez wyciszenia zimowego, ale mniej aktywnie niż ci z północy i z większymi przerwami.
Nie liczyłam, ale stawiam hipotezę, że ilość efektywnie przepracowanych godzin, tak 500 lat temu była zbliżona.

A teraz? Mamy 8 godzinny dzień pracy. W optymalnym wariancie. W nieoptymalnym 12-16. Mamy 26 dni urlopu. To daje nam (licząc średnio dzień pracy jako 10 godzin, a ilość dni roboaczych z gógli) 2500 godzin pracy rocznie niezależnie od szerokości geograficznej. Jeśli mamy wbudowany biologicznie zegar dobowy, szansa, że mamy wbudowany zegar roczny jest wcale niemała. Nasze depresje i neurozy wynikają z permanentnego gwałcenia rytmu rocznego. Jesteśmy obciążeni pracą cały dzień — od świtu do zmierzchu, a nie dano nam zimowego okresu wyciszenia. Nie mamy sjesty, ani nie możemy połozyć się pod drzewem jak się nam znudzi orka na polu tapioki. I jestesmy społeczeństwem sfrustrowanych neurotyków z depresją.

Co śmieszniejsze pewnie dałoby się zrobić badania, które dowiodłyby prawdziwości tej tezy. Tyle, że musiałby być skoordynowane na wszystkich kontynentach i obejmować testy medyczne, psychologiczne i socjologiczne.

Chetnie się zgłaszam na ochotnika jako obiekt testowy S.I.W.A, strefa umiarkowana, aktywność letnia, pasywność zimowa.

Jeśli za sto lat ktoś sobie o tym przypomni, pamietajcie, że byłam pierwsza.