Wylewy i zawały

— Popatrz w światło! — ryczę złowieszczo nad kuchenką gazową, do mojej biednej maci. — Pakuj się, jedziemy do neurologa, na ostry dyżur!!! — rzucam czajnik i rozsypuję kawę, nieco przemęczona po powrocie z pracy.
Matka, całkiem przytomnie, trochę zdziwiona, patrzy na mnie niczym kot ze Shreka, źrenicami jak pięciozłotówki.
— Zbieraj się! — ponaglam. — Coś ci jest! Wylew?
Cały czas pamiętam, że moja babcia umarła na wylew i jednym z objawów były właśnie nieakomodujące źrenice.
— Atropina. — mówi moja mać z iście angielską flegmą, patrząc jak się miotam po mieszkaniu, usiłując na raz założyć buty i znaleźć dowód rejestracyjny. — Przecież Ci mówiłam, że idę do okulisty.
Klnę szpetnie, rzeczywiście mówiła.
— Jaaaakuuub — emituję sygnał dźwiękowy. — Cho, no, tu. Patrz, jakby twoja babcia miała takie źrenice, bez pobytu u okulisty, to wieziesz ją na neurologię, bo to znaczy, że ma wylew. A ty — mrocznie patrzę na mać, która udaje kompletne niewiniątko i nie widzi, że swoim niedoszłym wylewem o mało nie doprowadziła mnie do zawału. — A ty, jak u swojego wnuka zobaczysz takie źrenice, to wieziesz go na toksykologię, bo znaczy, że się czegoś naćpał.

Obrazili się obydwoje. Mać, bo zapomniałam o okuliście, a młody, bo go podejrzewam o ćpanie.

Autor: siwa

Jestem ubogą staruszką zbierającą chrust, laboga

8 myśli na temat “Wylewy i zawały”

  1. Właśnie to przeczytałam TŻu, z podziałem na role i suspensem. Bo pytał o powody chichrania się, a nie dałabym rady streścić. ;)

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do browar Anuluj pisanie odpowiedzi